Wpisy z Luty, 2013

Wasza Przewielebność

Chciałbym poprzedni artykuł zatytułowany  „Ostatni tydzień” „zamknąć”, jakby powiedział sam „mister”, względnie   „monsenieur” lub twardo brzmiąco – „Herr”, a naszym polskim obyczajem, po ludzku i zwyczajnie, „Pan” Georgij Iwanowicz Gurdżijew, z jednej strony mocnym, ale także trafnym do sytuacji mojego życia „akordem”, lub inaczej rzecz ujmując „właściwym” dla chwili – cytatem; złotą myślą samego dostojnego i wielce szanowanego w całym Wielkim Megalokosmosie, imć Belzebuba.

Cytat pochodzi z książki „Opowieści Belzebuba dla wnuka” , która jest spisanym „dziełem życia” wspomnianego autora, zresztą podobnie i ja swoje doświadczenie z AMH Coachingu zebrałem i opisałem w dwóch pozycjach. Pierwsza jest zatytułowana „Każda trudność nie zna finału” , druga „Julia”.

Wspomniane książki ukazują się dla czytelnika w odwrotnej kolejności swojego powstawania. W chwili obecnej dostępna jest Julia, druga czyli moja pierwsza książka, pomimo, że została ukończona dwa lata temu, znajduje się,  kiedy piszę te słowa, w fazie wydania, czyli w procesie produkcji i dystrybucji.

I zanim „zamknę” wspomnianym cytatem pewną  „całość” mojej dotychczasowej działalności pisarskiej zarówno tutaj na blogu, jak i w ogóle, przechodząc do nowych zadań, ale ciągle związanych z tym samym, jednak czynionych już trochę inaczej niźli dawniej bywało, pragnę podziękować paru osobom za trud przebywania ze mną bez trudu, ba – a nawet w swoistej niewiedzy z ich strony, o moim istnieniu: Nassimowi Haraminowi za zwrócenie mojej uwagi na „geometryczny wzorzec stworzenia” oraz sposób przekazu ukazujący jego „drogę poznania” obrazującą jednocześnie  „esencję  bycia” Nassima jako wyrazu egzystencjalnej „osobistej treści” a jednocześnie ukazanie, po ludzku, czyli w sposób łatwy, naturalny i prosty – co jest w istocie, samo w sobie,  nie lada sztuką – już „Istniejącego”, Markowi Rodinowi za jego matematyczny model „tego samego” jak i wspomnianemu samemu staremu, zacnemu, świętej pamięci już dzisiaj pewnie świętemu – Gurdżijewowi nie tylko za formę i strategię swojego przekazu, oraz wskazanie „gdzie szukać” czyli na dwa święte i boskie prawa stworzenia regulujące wszystko co istnieje w naturze, ale także za czystość i jasność intencji piórem, nam współczesnym, przekazanej.

Dodam, że cytat jest tłumaczeniem z języka rosyjskiego pani Magdy Złotowskiej i został porównany z edycją angielską i francuską. Mam też wiarę, że pani Magda za swój „świadomy trud i zamierzone cierpienie” związane z tym arcydziełem dostała dla siebie właściwą zapłatę; czyli nie tylko tą materialną, egzystencjalną ale również związaną z jej osobistym „byciem” i celem swojego istnienia – jakby odkrywając siebie na nowo, w procesie reinkarnacji już za tego życia, a nie tego wyimaginowanego gdzieś w przyszłości.

Ale oddaję wreszcie głos samemu, już pewnie zniecierpliwionemu troszkę przydługim wstępem, a jednocześnie cierpliwie czekającemu na swój głos, Belzebubowi – opowiadającemu o spotkaniu dwóch mędrców ze sobą, z których jeden ma do drugiego określony interes, innym słowy – ma do niego „sprawę” – tak rzecze:

„Wasza Przewielebność
Dzięki wspaniałomyślnemu przebaczeniu udzielonemu ci z Góry, otrzymałeś prawo do swobodnego spełniania wszystkich swoich pragnień, na które sprawiedliwie zasłużyłeś, teraz, wskutek takiej wszechobejmującej łaski, możesz znowu w pełni być tym kim mogłeś stać się już dawno temu dzięki swoim, wcześniejszym osiągnięciom na polu rozumu, i oczywiście nie ulega wątpliwości, że od tej pory będziesz się spotykał z różnymi Indywiduami, które odpowiadają twojemu byciu i osiągnęły już najwyższy poziom rozumu”.

Również i moje, chyląc czoła w podzięce – uszanowanie i podziękowanie za możliwość  „przypadkowego” podsłuchania interesującej rozmowy. Tak czasami bywa kiedy „coś” lub „ktoś” wywiera na nas zbawienny „wpływ”; a jest jeszcze lepiej kiedy jesteśmy tego świadomie świadomi, niejako zezwalając „wpływowi” wpłynąć do całej naszej obecności w poczuciu osobistego pojednania, tak ze sobą jak i otaczającym światem.

Dzięki Ojcze za wszechobejmujące wsparcie i moc czynienia!!!

Ostatni tydzień

Ostatni tydzień spędziłem z Mamą. I był to czas, z jednej strony – opieki, bowiem „człowieczy los” zamienił nas miejscami; innymi słowy, robiłem z nią to, co ona dawno, dawno temu, ze mną: po uprzednim założeniu śliniaczka, sadzałem do stołu i karmiłem, przewijałem, myłem, wsłuchiwałem w nieznane dźwięki, wkładałem do łóżeczka i układałem do snu, z drugiej – kontemplacyjnej refleksji.

Nagle przyszło do mnie „zrozumienie” spraw wielu; rzecz jasna, prócz tych prozaicznych i rzeczywistych, czyli realnych, także tych romantycznych i niewidocznych, zresztą, kto wie czy w konsekwencji nie mających większego znaczenia, przy „wiedzy”, że wszystko, nasze myśli także, jest materialne.

Na przykład myśl przywołała z pamięci wszystkim znane słowa wieszcza Adama.

„Litwo – ojczyzno moja,
Ty jesteś jak zdrowie.
Ten tylko się „dowie”, kto cię stracił.

Dziś piękność twą w całej ozdobie
Widzę i opisuję, bo tęsknię po tobie.”

Przed naszymi oczami toczy się bój o Polskę, Europę i mam wiarę „ludzką ludzkość”. A świat?; a „Świat się śmieje”! Cóż, dobre i to. Powiadają, że śmiech to zdrowie. Prawda, jeśli jest szczery. A może nie tyle, co „się śmieje”, co bardziej ma w „obojętności” swej  szlachetnej i wyrozumiałej cierpliwości, wyrazem swej natury, relacją  do naszych nędznych i małych poczynań-  słowem,  ludzkiej nicości. Jednak i nicość może przemienić się w „coś”. Pierwej musi się jednak wykrystalizować i nam samym łaskawie objawić, by później móc oblec, to „niewidzialne powstałe ciało”, w obiektywną mądrość myśli lub idei.

W naszym imieniu zabierają głos politycy. Wywierając wpływ, najpierw na siebie, potem na odbiorcę, czyniąc społeczne realne rezultaty. Niektórzy wierzą w to, co mówią, inni nie; choć, są lub przynajmniej starają się być wiarygodni. Taki system, demokracją zwany, my ludzie żeśmy sobie wymyślili i z ochotą albo wyrazem braku inicjatywy własnej, narzucili.

Na dzisiaj nie widać nic lepszego. Jakby mędrcy, nie chcąc się ujawniać, pochowali się gdzieś w ukryciu lub schowali ze strachu do jakiejś fałszywej nory, a władzę z lenistwa czy też umysłowego parubstwa, oddaliśmy ludziom wyglądającym na mądrych lub posiadających naukowe tytuły albo „siłę w mowie” – pustosłowie, czyli „mówiących mądrze”, bo czasami głośno i wyraźnie, czasami cicho i subtelnie kokietująco, tudzież – pięknie, indziej- satyryczno-sarkastycznie, ironicznie, względnie – uwodząco; jednym słowem – „inteligentnie”, a czasami nawet w językach wielu.

Tak czy siak władzę należy szanować albowiem jest naszym odbiciem – zwierciadłem zbiorowej świadomości. Chyba, że tworzą ją twory psychopatyczne, wówczas mamy prawo na ich eliminację.

Bankowcy napisali prawo bankowe, prawnicy stworzyli prawo prawne, logistycy systemy logiczne, naukowcy naukę bez zastanawiania się nad jej użyciem, władza –żołnierzy, żołnierze – wojny, państwo wytyczyło granice a w zamian obdarowało językiem i jakby przy okazji naszego ludzkiego istnienia (ludzie jak dobrze, że jesteście) podarowało fiskalny system podatkowy, w którym pierwotna dziesięcina zamieniła się w swoje przeciwieństwo czyli dziewięćdziesiątcinę, żeby wzorem Janosika najpierw zabrać, by później dać tym, którzy najbardziej krzyczą; ideowcy – ideologię, duchowi wodzireje – kościoły. A wszystko to dla nas- mas i w naszym imieniu, i dla naszego lepszego życia i wspólnego dobra.

No co! Tak mówią! Nie wierzysz? To uwierz – przecie o to chodzi – „trzeba w coś wierzyć”- prawda?

A „praktyczni wizjonerzy”, czytaj twórcy systemów, jakby zwyczajnie o sobie zapomnieli. Coś stworzyli i teraz już systemy żyją własnym życiem, przy okazji broniąc swojego istnienia, ale już niestety podążając nieświadomie w nieznanym sobie kierunku, jakby nie nadążają za realnymi zmianami i zobiektywizowaną prawdą; ale, co ciekawe, jednocześnie genialnie służąc niektórym jego uczestnikom – beneficjentom samych systemów. Zatem – podziękujmy im za swoją troskę czynioną w naszym imieniu. Dziękując, dziękujemy również sobie, wszak codziennie dokładamy wzorem Kubusia Puchatka swoje „co nieco”.

Albo to, jakby z innej „bajki”.

Nie znam ludzi zdrowych i widzę, że prawie wszyscy są mniej lub bardziej chorzy. Jedni są świadomi choroby, gdyż ta „wyszła” z ukrycia, ukazując na zewnątrz, swoje rezultaty, inni nie.

Dla tych ostatnich choroba pozostaje w inkubacji; to, czy prędzej czy później się rozwinie, ukazując na zewnątrz swoje już dawne istnienie, zależy tylko od wrodzonej siły organizmu na jej skuteczne, bez naszej świadomej wiedzy, zwalczanie.

Co ciekawe najczęściej ci zdrowi – są chorzy i odwrotnie, niczym głupi – mądrymi, mądrzy – głupimi – bowiem wszystko zależy od poziomu, czy też aspektu – spojrzenia.

Jednak ujawnienie prawdy jest sprawą czasu, w końcu organizm z chorobą, w ramach zaawansowanej inwolucji, sobie nie poradzi. Wówczas „cicha destrukcja” staje się objawieniem „istoty” naszego istnienia.

Jednak większość ludzi dalej nie jest w stanie zrozumieć jej subtelnego przesłania. Wówczas albo los daruje im szansę zrozumienia i przemiany, tym samym ozdrowienia, albo jest już zwyczajnie za późno. Piszę „los” skrywając w tym słowie niezrozumiałe, wszem i wobec, aspekty ludzkiego życia.

Poza tym, tydzień dobiegł końca, a moja obecność, tuż po przebudzeniu, wypowiedziała „ kocham ciebie mamusiu i wybacz mi moje niegodziwości wobec ciebie jak i siebie, świadomie jak i nieświadomie, czynione.

Kot w tej chwili przewrócił zdjęcie taty, jakby Ojciec przypomniał się, że ciągle „gdzieś Jest” i prosi o moje zauważenie i przebaczenie, ale cóż ja – kim jestem żeby wybaczać? Nawet nie wiem czy mogę? To może tak, dyplomatycznie„drogi tato-wybaczam i proszę o wybaczenie”.

Poza tym, „kocham ciebie tatusiu”.

Tato! – mama się do ciebie wybiera – Stani-sława.
Słyszysz – nie, nie słyszysz, ty to wiesz.

Wyszedłem na balkon i usłyszałem kościelne dzwony wygrywające miłą dla uszu melodię. Kończę, czas podać mamie coś do picia – ot, tak zwyczajnie i zwyczajną wodę życia, jednocześnie zastanawiając się, kiedy zrobi kolejną kupę, niczym głupiec – złotą myśl.

No cóż „Każda trudność nie zna finału”, a może jednak zna?

Zielona Góra i śnieżno biała -16-22 luty 2013r.

Mały Książe

Córka dzieliła się z ojcem swoimi przemyśleniami dotyczącymi relacji między przyjaciółmi.

Ostatnimi czasy przeżywała „wewnętrzne rozterki” związane z jej „szczerością” polegającą na dzieleniu się osobistą „prawdą” z bliskimi jej sercu koleżankami – czytaj przyjaciółkami.

Wszystko wydało jej się troszeczkę dziwne, gdyż za swoją szczerość otrzymywała w zamian gniew, rozgoryczenie i atak. Jednak gdzieś wewnętrznie czuła, że właśnie tak miała postąpić, bo według niej właśnie na tym polega prawdziwa przyjaźń; na szczerości, prawdzie i niestety bezkompromisowości wynikającej z mądrości i głębi widzenia człowieka widzącego.

Skoro jest się z kimś w związku wzajemnej relacji, szczególnie tym mającym bliższą sercu naturę, a zwanego w tym miejscu „przyjaźnią”, i widzę „coś” nieciekawego w zachowaniu drugiej osoby, a jednocześnie wiem, że to „coś” jest nie moje i zależy mi na prawdziwym dobru przyjaciela, dlatego mówię mu prawdę tego co widzę bez względu na konsekwencje mojego mówienia.

W związku z tym co mówię, to „coś” może być przez niego zauważone i jednocześnie przez sam fakt zobaczenia tego „czegoś”, będzie mógł się z tym „czymś” rozstać. Oczywiście jeśli znajdzie w sobie siłę by się z tym osobiście zmierzyć, a swoją energie skieruję, nie na walkę z rozmówcą, a na wejrzenie w głąb siebie.

Tak samo działa widzenie w ludziach przymiotów, ich zalet, osobistych talentów i szczere ich zauważanie. Jednak łatwiej jest bezkonfliktowo dostrzegać i przekazywać pozytywne cechy, trudniej zdecydowanie jest tak samo postępować, odkrywając i zauważając w ludziach ich „ciemne strony charakteru”, „mroczne strony naszego istnienia” ukrytego w głębi podświadomości.

Takie postępowanie rodzi z założenia konflikt. „Zło” zostało dostrzeżone i jest samo w sobie niezadowolone, że prawda o nim i jego istnienia została odkryta. A „zło” jest również bytem – ono chce żyć. Często bardzo kochanym bytem, troskliwie pielęgnowanym. Ono samo w sobie nie zna swojego istnienia i swojej natury. I samo w sobie, nie jest ani dobrem, ani złem. Jest siłą czyniącą destrukcje w naszym ciele, mającą wpływ na długość, jakość, sposób bycia i życia oraz  zdrowie.

Ech, świat jakby schodził na psy – to była nie wypowiedziana na głos cicha myśl. Z jednej strony wszystko jest ujawniane, nie ma tematów tabu. Prostytutki prowadzą lubiane programy telewizyjne. O seksie mówi się nie jak o „świętym akcie” i jego mistycznym pięknie, ale jak o.., przyznam że w tym miejscu zabrakło mi słowa, metaforycznego trafnego porównania – jak o czymś błahym, banalnym, mechaniczno-rozkoszno-łechtliwym. Relacje i miłość zastępuję słowem – ” inwestycja” ,rodem z rynków finansowych i gospodarczych.

Owszem mogę rozumieć, że jest to otwartość na wielość, bezstronność ale czy w taki sposób starsze pokolenie winno edukować młodsze? Takie pseudonaukowe podejście, jak i zresztą naukowe, odziera wewnętrzny świat człowieka z tajemnicy i zarazem możliwego  zrozumienia prawdziwego piękna ludzkiej egzystencji.

I już wracając, do przerwanego myślą – wątku.

Po paru dniach do pokoju wbiegła rozpromieniona córka, mówiąc, a może nawet krzycząc, a nawet jeśli nie krzycząc, to był to wydźwięk „całego jej istnienia” – „tato, tato wiem, nagle przypomniały mi się słowa z Małego Księcia” (Antoine’a de Saint-Exupéry’ego).

„Jeśli coś kochasz – puść to wolno.
Jeśli wróci – jest Twoje.
Jeśli nie – to nigdy Twoje nie było”.

I tak, zgodnie z sumieniem, postanowiła uczynić w tak zwanej „sprawie” jej młodzieńczych przyjaźni. Przetrwają, albo nie tą odważną „próbę” – próbą czasu. Jeśli tak – to dobrze, jeśli nie – to też dobrze i  znaczy, że i „przyjaźnią” nie były, lub były – ale dzisiaj już nie są, rozeszły się, niczym „drogi przyjaźni”.

A miłość? – myśl zapytała sama siebie i w nawiązaniu do jej koleżanki Przyjaźni.
Co miłość? – pytaniem, druga myśl zagadnęła. Tak zrodził się sam – wewnętrzny dialog.

No czy, czy, czy, jakby się zająknęła, czy z miłością jest tak samo?
Tak – druga myśl odpowiedziała, po czym się zamyśliła, nie, nie poczekaj – MIŁOŚĆ MA JESZCZE WIĘKSZE WYMAGANIA. I się zadumała, i sobie przypomniała, i tak Święto-Pawłowo powiedziała. Podobno…

„Miłość cierpliwa jest,
łaskawa jest.
nie zazdrości,
nie szuka poklasku,
nie unosi się pychą;
nie dopuszcza się bezwstydu,
nie szuka swego,
nie unosi się gniewem,
nie pamięta złego;
nie cieszy się z niesprawiedliwości,
lecz współweseli się z prawdą.
Wszystko znosi,
wszystkiemu wierzy,
we wszystkim pokłada nadzieję,
wszystko przetrzyma.
Miłość nigdy nie ustaje,..”

A do refleksji w „temacie ” włączył się Asziata Szyjemasz gurgijewowowskim słowem, twierdząc, że…

„Miłość świadomości wywołuje w odpowiedzi to samo.

Miłość uczucia wywołuje przeciwieństwo.

Miłość ciała zależy od typu i biegunowości”.

Teraz obie myśli się zamyśliły i nastała „cisza”. Na chwilę i był to czas refleksji, jakby nowego przypomnienia byronowskich słów.

„Zaiste, miłość jest świętym pożarem,
Iskrą zatloną w ogniach nieśmiertelnych,
Aniołów dobrem, Wszechmocnego darem,
Balsamem rajskim dla serc skazitelnych.

Pobożność duszę w niebiosa porywa.
Ale z miłością niebo w duszę wpływa;

Wyznam, że moja miłość była inna,
Była zbyt ziemska, ludzka, nawet gminna.”

Schody do nieba – utwór tym razem nie zagrany

Kiedy byłem młodzieńcem Led Zeppelin była moją ulubiona kapelą. Za nią ustawiała się w kolejce „Reszta”. Ostatnio telewizja polska w programie drugim zapowiedziała koncert, legendarnej już dzisiaj grupy, z Londynu. Czekałem z nadzieją i oczywiście z wypiekami na twarzy, jak dawniej na każde brzmienie gitarowej elektrycznej nuty. Dzisiaj może wydawać się to dziwne, ale tak było.

Nagrywarka, w razie czego, włączona, mam wiec gwarancję, że nie przegapię. Chłopcy dziś, choć troszkę starsi, a z czarnego włosa zrobił się biały, nie zawiedli. Są dalej w formie, choć oczywiście „świeżość” troszeczkę inna. Kiedyś wszystko co tworzyli było nowe, dzisiaj jest klasyką gatunku. Sam zespól „rozpadł się” kiedy musiał. Po prostu zabrakło jednego z nich. Pozostała luka, której już nie mogli wypełnić. Jakby czas, ich wspólnego dzieła, przeminął. Dobrze, że ich dzieło pozostało.

I choć, jak powiadam, panowie nie zawiedli to jednak pozostawili niedosyt. Czy świadomie? A może to dobrze? Tak ma być. Nie znam na to pytanie odpowiedzi. Zdecydowanie zabrakło mi na koniec Stairway To Heaven. Wypełniam więc lukę, kierując najpierw swoją, a teraz Twoją drogi czytelniku uwagę, na jej, jakże wciąż aktualne, słowa. Piękno muzyczne odnajdziesz w oryginale na stronie

www.tekstowo.pl/piosenka,led_zeppelin,stairway_to_heaven.html

Dla niej wszystko złotem jest
Jeśli tylko świeci się
Tak więc, schody kupuje do nieba

Bo tam w niebie – ona wie
Że wystarczy słowo rzec
Aby dostać, w dzień, czy w noc,
każdą rzecz

Dlatego, schody kupuje do nieba

Choć pojawił się znak
Ona jest nieufna tak
Bo też, słowa nieraz mają dwa znaczenia

Przy strumyku i wśród gniazd
Swoją pieśń śpiewa ptak
Tyle aż, czasem w nas, jest zwątpienia

To mi daje do myślenia…

Na zachodni nasz zgiełk
We mnie budzi się zew
Moja dusza gdzieś pragnie się przenieść
W myślach obraz mam ten:
W kręgach dymu, wśród drzew
Ludzie patrzą, coś szepcząc do siebie

To mi daje do myślenia…

A szepcze się o tym, że
Gdy nas jeden złączy dźwięk
To do sensu nas grajek powiedzie

Nowy zaświta dzień
Dla stojących pośród drzew
A śmiech echem zabrzmi po lesie

Niech więc nie trwoży cię
Wśród zarośli szmer
To czas wiosennych jest porządków

Tak, drogi są dwie
I wiedz o tym, że
Masz czas, by zacząć – wszystko od początku

To mi daje do myślenia

Nie mija zamęt w twojej głowie
Więc podpowiem:
Grajek wzywa, abyś się przyłączył

A ty, Pani, słysząc wiatr
Czy raz pomyślałaś tak
Że ten wiatr podpiera schody twe?

Więc gnamy z wiatrem w otchłań dróg
Cień kładąc śmielszy od swych dusz
A ona się przechadza tu
W białej poświacie, niczym duch
Wszystko zamienia w złoty kurz
Lecz jeśli mocno wsłuchasz się
Uchwycisz dźwięk i pojmiesz wnet

Że jedność wszystkich to nie mit
Lecz skała, którą mamy być!

A ona schody kupuje do nieba…