Wpisy z Listopad, 2014

List do Mężczyzny

Mój Drogi,
Ukochany i Najdroższy!

Wybacz proszę…, choć piszę do Ciebie jak umiem i czuję, to wiedz, że głównej treści nie zawarły me słowa.

Tobie oddana

List do Firmy

Moja Droga,

Ukochana i Najdroższa!

Proszę wybacz mi, pomyliłem się w Twej ocenie.

Właściciel (po przejściach)

Ale Firma błędów nie wybaczała.

List do Kobiety

Moja Droga,

Ukochana i Najdroższa!

Proszę wybacz mi, pomyliłem się w Twej ocenie.
Nie mi Ciebie oceniać.

Twój Przyjaciel

Duże i Małe

Było sobie Duże oraz było Małe. Obok siebie wzajemnie egzystowały. I był Ten, który wszystko widział. Nie wtrącał się, gdyż nie mógł; czekał, aż Duże  i Małe wzajemnie siebie  zauważą. Niestety Duże i Małe istniały w ukryciu. A do tego były co nieco zanieczyszczone. Każde na swój indywidualny i niepowtarzalny sposób.

I Duże, i te Małe przypominały bańki mydlane, czyli w swej formie i kształcie istniały sferyczne. Tworzyły kulę z indywidualną, zawartą w sobie treścią. Ich esencje zawierały  znaną i nie znaną im samym tożsamość. Co oznaczało, że same  nie były w pełni i do końca siebie  świadome. Ich samoświadomość pozostawała nieodgadniona. Zawsze istniało coś czego jeszcze nie widzieli. Być może dlatego, by wzajemnie poznać i zobaczyć siebie  – „przypadkiem”  wyszły sobie naprzeciw.

Duże ze swojego wnętrza spojrzało na Małe i zobaczyło, że tak naprawdę Małe wcale małym nie było. Natomiast kiedy Małe patrzało na Duże, to Duże wydawało mu się takie atrakcyjne; wielkie i godne zaszczytu. Spojrzenie zawierało  nieokiełznane pragnienie; było potrzebą uniżenia, adoracją; uwielbieniem  chwały; Drogą do Sławy.

Z czasem, Małe powolutku zaczęło się do Dużego zbliżać. Wszak Duże było takie pociągające. Jednak czym było bliżej Dużego, tym bardziej się go bało. Przecież, Duże było takie duże, a Małe takie małe.

Bez wątpienia ich relacja pozostawała wiele do życzenia. Nie była przyjazna. Dlatego wspólnie poprosili o właściwe rozwiązanie dla obojga. A ich prośba wyglądała, mniej więcej tak:

– Proszę, prosimy – zreflektowało się i Małe, i Duże; prosimy by słowa „boję się” i wszystko to, co się za nimi kryje, przestało istnieć. Niech, zwyczajnie, stracą na swoim znaczeniu.

Ich prośba została wysłuchana przez Tego, który wszystko widział, sporo wiedział i dużo mógł. I wtedy zdarzył się Cud. Nagle Duże zobaczyło, że samo w sobie zawiera Małe. Wówczas Małe  stwierdziło, że już niczego nie pragnęło; nie miało nawet ochoty  zbliżyć się do Dużego, ani o tym wspominać, pisać czy też w inny sposób rozpowiadać. Bez wątpienia, Duże straciło na swojej atrakcyjności. Dzięki temu zabiegowi Duże, stało się normalne, choć nadal było duże.

Wyraźnie na jakimś subtelnym poziomie dialogu, Duże i Małe dogadały się. Przy okazji ustaliły strefę wzajemnej ciszy czyli najlepszą dla obojga, przyjazną odległość, z którą się najlepiej same w sobie czuły. Tak dla Dużego i Małego jednocześnie nastała zasłużona Wolność. Oba odnalazły własną naturalną Przestrzeń, która była, owszem wspólna, ale  stało się  jasnym jak słońce, że miejsca, niczym powietrza, starczało dla Trojga. A kiedy wzajemna relacja się umocniła,  Duże spojrzało na jeszcze Większe i zauważyło, że się z tym Większym bez problemu łączyło- tym samym stając się jeszcze większym. To Największe, zrodzone z Dużego, było większe od Dużego Poprzedniego, w którym to Małe wcale już małym nie było.

Tak, to Duże i to Małe w spokoju i ciszy jednym stali domku. I żadne nie wadziło Nikomu – nawet Małemu – Poprzedniemu. Od TERAZ  pozostawało do niego neutralne i bezstronne; a wtedy nawet Małe, samo i na własną rękę, podążyło ku wieczności; by stać się jeszcze mniejszym i najmniejszym.  Zresztą w takim samym stopniu jak Duże jeszcze Większym.

Życzmy im obojgu szczęścia w pokoju. Któż kto wie, może kiedyś, i gdzieś, raz jeszcze się spotkają w miłości – jak to, co Najmniejsze z tym, co Największe. Tak, tak, przywództwo to nie kwestia Wielkości, tylko Zrozumienia.

Trzy Panie Ciszy

Wszedłem do sklepu po chleb, w którym były dwa stoiska. Jakby dwa w jednym. Jeden sklep był mięsny, w drugim sprzedawane było pieczywo. Podszedłem do tego z pieczywem. Przy mięsnym akurat ruchu nie było, i może dlatego dwie panie sprzedawczynie zawieszone były nad ladą stoiska z pieczywem. Zapatrzone w siebie coś radośnie do siebie gaworzyły.

– Poproszę chleb zwyczajny – powiedziałem.
– Krojony? – pani Sprzedawczyni zapytała.
– Tak, tak, krojony – odrzekłem.

Podeszła do krajalnicy i ją włączyła. Od teraz słychać był dwa dźwięki: szum maszyny do krojenia pieczywa i nakładający się na niego radosny dialog pań sprzedawczyń z mięsnego oraz coś czego nie słyszałem. Mianowicie myśli Pani, tej od chleba.

– Ile kosztuje chleb? – zapytałem – ale pani Sprzedawczyni mnie nie słyszała. Przeszkadzała i maszyna, i świergot koleżanek z mięsnego, i jej własne myśli. Wszak była zamyślona.

Już w domu sam siebie zapytałem:

-Co ta sytuacja chce mi powiedzieć?

-Że siebie nie słyszę -myśl podpowiedziała.

Przeszkadza w tym ciągły świergot myśli w moim mózgu rodzony przez trzy panie i jednego mężczyznę. Kto wie? – pomyślałem, może dlatego aż z trzema miałem w dzieciństwie tak wiele wspólnego. Wszak wychowały mnie trzy kobiety i tylko jeden mężczyzna. Zadziwiająca dysproporcja. I do tego nierówna pozycja mężczyzny. Dlatego ten musiał być Wyjątkowy czyli znany i podziwiany, powszechnie szanowany i do tego bardzo, bardzo silny żeby wszystko dzielnie znieść. Pierwsza była moją mamą, druga i trzecia – ciociami. Jedna z cioć była prawdziwa, druga przybrana czyli fałszywa. Mama była Panią dyrektorową- despotyczną Panią hrabiną na swych włościach. Ciocia prawdziwa – nauczycielem nauczycieli, a fałszywa, ta trzecia managerem i działaczką społeczną. Wydawało się, że Tata się nie wtrącał i towarzystwo dzielnie znosił, a nawet sam je wybrał. Albo za niego wybrano. Wpadł jak śliwka w kompot tworzący rodzinę.

Tymczasem, poprosiłem trzy Panie o ciszę. I w Trzech Paniach we mnie, nagle,  Spokój i Cisza, zagościły. Pozostał mężczyzna – do odGadnienia.

Ponadczasowy

Przypadkiem i z niewiadomych powodów, mój wzrok zaczął oglądać film w telewizorze. Stwierdziłem, że bardzo dobry, więc włączyłem nagrywanie. Chciałem w odpowiednim czasie zobaczyć go w całości, do tego nie sam, a z rodziną. Ciekawy byłem ich refleksji. Szczególnie córki, która studiuje filmoznawstwo. Czułem, że film przedstawia jakby mnie – to znaczy sięga mej młodości, czyli czasów, które pamiętam. Pewnie dawniej nie zwróciłbym na dzieło mistrza w ogóle uwagi. W tamtym czasie ów film nie był dla mnie interesujący. Ot, po prostu – to nasze życie. W duchu, powiedziałem do siebie: – kurcze, nic się nie zmieniło. Zniknęli ludzie, odeszły ustroje, a ludzka natura – ta sama. Wspominam o filmie Kazimierza Mieczysława Karabasza „Sobota Grażyny A. i Jerzego T.” z 1969. Historia pokazuje losy dwójki bohaterów. Kobiety i mężczyzny czyli przedstawicieli ludzkiego gatunku, wchodzących w swe dorosłe życie. Obydwoje chcieli „coś” zmienić, więc wyrwali się ze swych rodzinnych domów i zamieszkali w Warszawie w hotelu pracowniczym. Obydwoje byli nieprzeciętni, czymś się wyróżniali z robotniczej braci. Ona wzbogaca siebie i swój wolny czas udziałem w amatorskim teatrze miejscowego domu kultury, on w sportowym amatorskim klubie. Film kończy się smutnym wyrazem twarzy: jej i jego.

Pytam córkę:

– Jaką masz refleksję. – Odpowiedziała jednym słowem.
– Ponadczasowy. Dodając: – Tylko teraz smutek przykrytym jest sztucznym uśmiechem, fałszywą radością.
– Pomyślałem, nic na głos nie mówiąc. – Tak, tak – ponadczasowy, z perspektywy przemijania szczególnie to widzę. Żeby życie się naprawdę zmieniło, radość zagościć potrzebuje w ludzkim wnętrzu od zaraz. Bezwiednie i niby bez powodu.