Wpisy z Grudzień, 2014

Życzenia bożonarodzeniowe

Drogą szło Pytanie. Przypadkiem spotkało się z Odpowiedzią.

Pytanie miało taką dziwną naturę, że pytało. Generalnie było ciężkie, stare i schorowane. Poruszało się z trudem i ledwie żyło. Natomiast natura Odpowiedzi przejawiała się tym, że wiedziała.  Co ciekawe,  bez zadawania pytań. Poruszała się  bezstronnie, a przy tym spontanicznie. Z osobistą gracją, pięknem,  wrodzoną lekkością i elegancją. Niedostrzegalnie emanowała: spokojem, harmonią i radością. Oboje niczym starzy przyjaciela lub od dawien dawna niewidziani serdeczni znajomi, ewentualnie bracia, tudzież siostry, zatrzymali się na czas wspólnego spotkania. I wywiązał się między nimi dialog:

– Czego można życzyć w dniu Bożego Narodzenia? – Pytanie zapytało.

– Bożego Narodzenia – bezsłownie odpowiedziała Odpowiedź.

I Pytanie swą obecnością przytuliła. Wówczas  Pytanie już pytać nie musiało. Odmłodniało, ozdrowiało.

Mistrz

Największy z największych w swoim fachu, mistrz mistrzów Antonio Gaudi tak opowiedział o swoim Nieskończonym do dnia dzisiejszego Pomniku i Dziele „Sagrada Familia” (Świątynia Pokutna Świętej Rodziny).

„Charakter religijny zawsze skłania się ku wielkości. Ponieważ jego cel jest Tajemnicą. Fasada Narodzenia wyraża iluzję i radość życia. Każdy odnajdzie w niej coś dla siebie.

1. Rolnicy – kury i koguty
2. Naukowcy – znaki zodiaku
3. Teolodzy – życie Chrystusa

Jednak tylko świadome osoby znają jej Tajemnicę ale jej nie zdradzą.

Według mnie, nie zdradzą jej, ponieważ tajemnica pochodzi z poziomu tajemnicy do jakiej świadomość jednostki dotarła. I jeśli ktoś jest na innym poziomie rozumienia, nie jest w stanie pojąć tajemnicy wyższego poziomu, który na coraz wyższych poziomach się samo upraszcza. Ale żeby tam dojść, trzeba przejść wiele i do tego prosić o zrozumienie.

Miłość to umysł Boga.

Każdy dostaje Kamień Miłości jaki sam w sobie nosi. Kiedy oczyści się Kamień zostanie Miłość. Czy jest to łatwe? Nie! Czy jest to trudne? Nie! Dla WIERZĄCEGO. Dla niewierzącego jest to niemożliwe.

Cisza

Rozmowa o Miłości

– Oczekujesz ode mnie miłości – rzekło Jedno do Drugiego.

– Tak!!! – Drugie odwrzeszczało.

– Poczekaj, muszę stać się Bożą Tajemnicą – Pierwsze powiedziało i ruszyło Prostą Drogą w sobie nie znanym kierunku. A Drugie podążyło za Pierwszym. Aż się spotkały jak równy z równym w Jedni i się połączyły. Białe wniknęło do Czarnego, Czarne do Białego. Pozostając w stanie osobistej bliskości.

Taż ich Życie stało się Prostsze. Razem i osobno.

Krzyk

Dzieciątko płakało ale jego płaczu Mama nie słyszała. Choć je przytulała.

Z Dziecka wyrosła dorodna i silna w swej postawie Dziewczyna. Jako Panna dalej krzyczała. Buntowała się ale jej wrzasku Nikt nie słyszał. Wszak krzyczała w samotności. Na zewnątrz się śmiała. Udawała.

Panna wybrała sobie na męża, Męża. Dobrała go sobie, podług siebie – co oznaczało, że oboje byli siebie warci. Teraz krzyczeli razem i osobno. Kiedy razem, to na siebie, kiedy osobno, to „cierpieli” w sosie własnym. Jaki mąż taka i żona, jaka żona taki i jej mąż.

Mąż nieświadomie pozwalał żeby Żona  dalej krzyczała. On przecież też krzyczał ale tak samo jako i jego Żona, swego krzyku nie słyszał. W tym czasie się bawił. Uciekał i balował. W beztrosce kosztował wdzięków i powabów życia. Doznawał czarów namiętności. Doświadczał powabu kobiecego uwodzenia. Adorował, kombinował. Rozkoszował i kosztował życia  jako  dusza pijanego i krzyczącego towarzystwa…

Matka płakała ale jej płaczu Nikt nie słyszał. Najbliżsi, tak samo jako i ona, widać byli głusi. Niestety płacz Mamy słyszały tylko jej maleńkie Dzieci.

– Mamusiu nie płacz, powiedział Chłopczyk, ja tobie pomogę. Kiedy dorósł nie mogła stać się mężczyzną, choć nim był. Jego dusza, tak jak i Mamusi, tak jak i Tatusia, płakała. Odziedziczył rodzinne utajnione dziedzictwo.

Tymczasem Mama dalej krzyczała, aż pewnego razu śmiertelnie zachorowała. I choć została wyleczona, ponieważ współczesna medycyna poczyniła spore postępy, dalej nikt jej krzyku nie słyszał. Nie mógł, bo ona sama swego krzyku nie rozumiała. Jakby jej własna choroba, choć już dawno wyszła z ukrycia, nie była w pełni i do końca wyleczona…

Mamusiu nie płacz, kochaj mnie tylko – powiedziała Córeczka, która właśnie przyszła na świat. – Ja Ciebie rozumiem, nie płacz. Czy płaczesz przeze mnie? Bo jak ty płaczesz to i ja płaczę!  -Ale tych słów Mama nie słyszała. Niewypowiedziane słowa Dziecka pozostawały poza jej sferą zrozumienia. Poza jej obszarem Mądrości. Pozostając w starej głupocie. W starej tożsamości. – Może to moja wina, że płaczesz? – powiedziała Córczka. -I śmiertelnie zachorowała.

Przyszedł czas leczenia, tego co powoli, z takim trudem wychodziło z ukrycia. W tamtym czasie Mama zajęta była leczeniem Córeczki, więc na chwilę mogła zapomnieć o sobie. A Dom Szpital zaczął przyjmować coraz więcej pacjentów. Okazało się, że wszyscy jego domownicy chorzy byli na to samo. Ot, taka zwyczjna choroba ludzkości.

Tymczasem tajemnice choroby zostały utajnione na dłużej. Kiedy Córeczka dorosła opuściła Rodzinny Dom, więc Mama na nowo mogła zająć się sobą. Wróciły wspomnienia; dalej rozpamiętywała, dalej krzyczała. Miała w sobie żal i uzasadnione pretensje o wszystko i do wszystkiego, ale tym razem już do Partnera. Niczym Dużego Chłopca do bicia. Wszak i on sam ze swojego dzieciństwa właściwie nie wyrósł. Zresztą,  tylko on był pod ręką. Bowiem postanowił pozostać ze swą Partnerką  na dłużej. Tak jak i ona z nim, dla niego. Jednak w międzyczasie  Partner nieźle się zmienił.  Sporo rozumiał i nie dał się podejść. Przebudził się do czegoś, co słowem nazwać jest niemożliwe. I przekazał swoją „nową obecność”, bez słowa ale również w szczerej rozmowie, Żonie. A nawet ją czule, po raz pierwszy, przytulił.

I żyli w harmonii, długo i  szczęśliwie. Na nowo się w sobie zakochując. Tym razem, prawdziwie. I było jak w bajce, z tą różnicą, że TERAZ ich Życie już bajką nie było. Stało się Prostym, Szczerym Życiem. Wolnością i Tajemnicą, którą każdy sam dla siebie odnalazł.  Gdyż  Tajemnica w nich samych się ukrywała. I tylko dzięki sobie i byciu ze sobą mogli siebie odnaleźć.

Kto szuka, znajduje

Duży Chłopiec siedział we mgle – sparaliżowany. Nie wiadomo czym? Pewnie jakimś brakiem: może wolności, może namiętności, może bliskości, może subtelności, może odwagi, a może miłości. Któż to wie? Niewidzialny strach skutecznie nie pozwalał wydostać się talentom, które w nim były. Jednak po pewnym czasie, trzeba przyznać dość długim, trwającym nie wiadomo ile lat, Duży Chłopiec ruszył do przodu. Już mgła nie była dla niego przeszkodą. Jeszcze nie wiedział gdzie dojdzie, choć zdawało się, że już wie. Jakby zyskał właściwe przewodnictwo lub wiarę w siebie, która nim subtelnie kierowała. Nie szedł sam bo obok niego kroczyło wszystko co solidarnie siebie wspierało. Jak Święta Rodzina.

Drzewo

Rosło Drzewo. Samotnie. Obok przechadzał się Mędrzec. Kiedy się do Drzewa zbliżył, te zaczęło ujadać. Skamleć, wrzeszczeć i skowyczeć. Walczyć i rozkazywać. Każda gałąź miała coś innego do powiedzenia. Każdy liść o coś innego do drugiego miał uzasadniony żal i osobistą pretensję. Ale Mędrzec tego nie zauważał. Pozostawał spokojny, bezstronny i nieludzki. Jednak Drzewo dalej krzyczało w swojej samotności. Wówczas Mędrzec, życzliwym będąc, zbliżył się do Drzewa. Pogłaskał jego pień. Dotknął czule  liści i gałęzi. A  jego obecność, i to co w niej było, sprawiła,  że   Drzewo się uspokoiło. Odtąd w ciszy stało radosne i zadziwione. Takiego jeszcze siebie nie poznało, więc doznawało.

Uwaga! – Sprawiedliwość

Ślepiec był już stary. A  był Stary, gdyż prawidłowo nie widział. Co oznacza, że  świata w Prawdzie nie dostrzegał. Istniał niczym Człowiek zmęczony trudem życia: w zaślepieniu i starości. Czuł w sobie gorycz i niesprawiedliwość. Usiadł zrezygnowany na czymś Ziemią zwanym. Siedział zamyślony. Po chwili pojawiło się zewnętrzne światło. Niczym Promyk Nadziei dało otoczeniu ślepca Życie; ale ślepiec światła na razie nie widział; dalej Poirytowany tkwił w swoim zaślepieniu. Ta Tożsamość była mu  jedynie znana. Tylko takim siebie rozumiał i dostrzegał.

Dlatego nie był dla siebie (oraz dla innych) wystarczająco uważnym, ani sprawiedliwym. Jednak światło niestrudzenie dalej dla niego świeciło, a kwiat, który tuż obok jego życia  niespodziewanie się pojawił, powoli rozkwitał. Nie spieszył się; wolno, płatek po płatku, rozwijał się roztaczając swoją woń.  Wówczas  niczym długo oczekiwane i ze wszech miar chciane i kochane Dziecko, przyszła na świat  Nadzieja, że Starzec w końcu światło Poczuje. Wszak do tej pory nic nie widział. Na szczęście, zmysłu powonienia i dotyku jakoś jeszcze do końca nie zatracił. Być może dlatego Starzec poczuł światło. A było to światło Wewnątrz jego samego.

Naraz, zamyślił się, takim słowem: – Rozumiem, że nie mogę pomóc Sprawiedliwości, nie odnajdując jej w sobie. Rozumiem, że nie mogę pomóc Uważności, sam będąc nieuważnym – zaślepionym.

Światło i Uważność odgradzał od Starca wysoki mur. Kamienie, z których mur był zbudowany były ciężkie „ogromem strachu” w nich samych zgromadzonym. Co ciekawe Strach był uzasadniony i wyrastał z ludzkiego dziedzictwa i ludzkiej barbarzyńskiej natury.

– Być może jest to strach przed życiem? – zastanowił się, jeszcze za życia (wszak miał szczęście żyć). Ale czy moje życie, życiem można nazwać? – dalej rozważał. – Albo jest lękiem przed śmiercią? Czyż to nie to samo?- Przecież tak naprawdę nigdy nie zaznałem życia za życia… Owszem byłem życiem PIJANY, życiem ZAŚLEPIOPNY i do tego jeszcze – mało UAWAŻNY  czyli NIEUWAŻNY. Czyżby dlatego, że sam  nigdy nie zostałem właściwie zauważony? W takim razie, jak Nic, pozostaje mi się siebie zobaczyć i poznać. Właściwie to nie mam wyboru.

Ale Starzec nie mógł być zauważony bo przecież sam siebie nie widział. I nagle Pętla Niemożności została przerwana. Starzec przeżył swe choroby, które wszystkie wyszły z ukrycia; naraz odmłodniał i zaczął żyć. TERAZ miał około lat dwudziestu. I mógł rozpocząć życie od nowa. Tym, razem inaczej. W pełnią Życia. W Bliskości, pośród Cnót.