Wpisy z Wrzesień, 2016

Kot doskonały

Ten Kot nie zachowywał się jak inne koty, był bowiem Kotem Doskonałym. Jako Kot Doskonały nie miał  szczególnych  zdolności, czy też właściwości, które by go specjalnie wyróżniały – jak powiedzmy „Kot w butach”, czy też inne, powszechnie znane, Genialne Koty. Kot Doskonały był zadbany. Miał gęste futerko, które skrapiał drogimi perfumami. Lubił ładnie pachnieć, schludnie i dobrze wyglądać. Kochał być kochany oraz lubił być wyróżniany, dlatego za swoje zasługi od czasu do czasu dostawał medale. Odznaczenia, tworząc bohatera, dodawały mu splendoru i wzbudzały powszechny, społeczny szacunek. Kot Doskonały głoszonym słowem wzbudzał powagę i był przez inne wierne i zakochane w nim koty – słuchany. Kot Doskonały zachowywał się – jakby wszystko wiedział, wobec tego można mu było zaufać i w niego uwierzyć, a nawet powierzyć w jego ręce, niczym lekarzowi, własny los lub życie.

No cóż, nic nowego pod słońcem, dość powszechna postawa – zauważy uważny obserwator. Rodzi się więc pytanie – dlaczego Kot Doskonały był kotem doskonałym?

Wielka Tajemnica i zarazem Sztuczka Kota Doskonałego polegała na jego dziwnej metamorfozie – właśnie stąd wynikała jego doskonałość. Kiedy obracał się do rozmówcy tyłem, i ten jego prawdziwej i całościowej natury nie mógł zobaczyć, gdyż twarz Kota Doskonałego zasłaniał jego zad i inne wewnętrzne organy, właśnie wtedy na jego twarzy pojawiała się wściekłość i wzbudzała agresja. Natomiast kiedy Kot Doskonały obrócił się do słuchacza przodem, to na jego twarzy widniał już tylko spokój i rysowała się powaga – ewentualnie, w zależności od sytuacji i potrzeby chwili, pojawiał się miły, przyjazny uśmiech czy też inna oczekiwana cecha: empatia lub zainteresowanie. Jakby był znakomitym, wręcz perfekcyjnym, aktorem. Graczem najwyższej klasy. Dlatego prawda o Kocie Doskonałym była tak dobrze i głęboko ukryta. Taka, wydawałoby się inteligentna czy też sprytna i chytra postawa, zapewniała mu władzę i dawała nad innymi przewagę.

Jednak Kot Doskonały sam nie wiedział, że za jego istotą bycia doskonałym kryła się jeszcze Wyższa Doskonałość, która owo pragnienie „bycia doskonałym”, niczym religia, wykorzystywała – przejmując nad Kotem Doskonałym – kontrolę. To był główny i Najwyższy Ideolog.

Jedynie Nicość  ten fałsz dostrzegała.  Dla zrodzonych z Nicości – Najwyższe Prawdy – Tożsamości Boskich Impulsów Istnieniowych: Wiary, Miłości, Sumienia i Nadziei, Kot Doskonały i jego zwierzchnik – Demiurg Doskonały, nie mieli żadnego znaczenia.

Piłeczka

Była sobie Piłeczka. Piłeczka imion miała sporo, a nazywała się zwyczajnie i pospolicie, po prostu – Piłeczka. Piłeczka zawsze była w ruchu. W kółko się kręciła i dokądś  zmierzała. Generalnie spadała.   Niezmiennie do „czegoś” się dobijała i od owego „czegoś” – odbijała. A odbijała się od sobie samej, nieznanej, niewidzialnej i ukrytej przeszkody.

Gdyby zobaczyć ową Piłeczkę w ruchu, jakby ujrzeć Piłeczkę w jej twórczym wysiłku,  zachowanie Piłeczki zamknięte było w niewidocznej dla niej samej Przestrzeni. Ściany tworzące ową Przestrzeń były imionami Piłeczki i ukrywały ograniczające i zniewalające dla Piłeczki – Treści. Były dziedzictwem Piłeczki, o którym ona nie miała zielonego, ani nawet bladego – pojęcia. Wszak Piłeczka miała Rodziców. Nie urwała się przecież z choinki – a co jest znacznie bardziej prawdopodobne, zrodziła z Mamusi – Macochy i  Ojca – Żołnierza.

Ciekawe, że Rodzice Piłeczki też mieli Rodziców, a Rodzice tychże Rodziców także mieli Rodziców. Niestety dalsze losy jej przodków popadły w zapomnienie, jakby się wstydziły samych siebie i ukrywały przed swoimi dziećmi, a nawet własnym otoczeniem –  osobistą treść – Istotę tego co niegdyś swym nieludzkim czynem – zrobili. Ten spadek jako śmiertelna choroba niczym garb, niepostrzeżenie przeszedł na dzieci.

Właśnie, od owych ścian – muru dziedzictwa Praojców i Pramatek, Piłeczka stale się odbijała. Ściany tworzyły geometryczne figury – powiedzmy platońskie. Owe figury były więzieniem dla Piłeczki i determinowały jej całe życie. Używając, nic nie wyjaśniającej i bezradnej nomenklatury – były dziedziczne.  Ale Piłeczka o tym nie wiedziała i zachowywała się tak, jak się zachowywała, czyli odbijała od treści zapisanej w ścianie Niewidzialnej Przestrzeni, z którą Piłeczka się aktualnie  zderzała.

Owe ściany miały nad Piłeczką Pełnię Władzy i ustanawiały niczym Rząd Dusz – Kontrolę. Wydawało się, że za tym murem pojawiała się Jasność. Istniała Wolność, ale Piłeczka innych, dalszych horyzontów nie była świadoma; ba nawet nie chciała, ani śmiała, ani nie mogła dalej zaglądnąć – jakby się bała.

Dobrze jej było z własnym patriotyzmem, wszak to było jej życie: jej własny dom, jej ciało, jej wiedza, jej język,  jej religia, jej partia -wreszcie jej imię i jej nazwisko – Piłeczka. Wszystkie ściany – ludzkości życiem – Tożsamości wdrukowane. Piłeczka innego Istnienia nie znała. W jakie się wdała – takie kochała.

Tego Wszystkiego Piłeczka była Nosicielem.

Meloman

Meloman słuchał muzyki. Analogowej. Z czarnego krążka. Ze swojej przeogromnej kolekcji wybierał repertuar stosowny do chwili. Zazwyczaj kojący. Muzyka z gramofonu była beztroska w wypowiedzi i dla uczuć – czuła, rzecz jasna namiętna  – nie bogata w słowach.

Meloman jednak miał poważną wadę słuchu, o której nie wiedział. Owa wada, z jednej strony wcale wadą nie była, a wręcz była dla Melomana zbawienna. W swoim przejawie jego ucho filtrowało wszystkie trzaski i szumy jakie wydobywa igła gramofonu w przypadku odtwarzania bardzo starej i mocno zabrudzonej płyty. Dlatego Meloman, wydawało by się, że bez uszczerbku dla siebie,  mógł słuchać nawet mocno zniszczone płyty. Któż to wie, być może dlatego wręcz nie dbał o nie,  a nawet skupował stare – za grosze i nie przez siebie, a przez innych melomanów zniszczone.

Meloman słuchał, latami słuchał. A w ciągu swojego życia zgromadził nawet bogatą kolekcję. Jego kolekcja, dla Istoty bez owej wady słuchu: skrzypiała, szumiała, trzaskała, szarpała, wrzeszczała, odpychała, odrażała, odstraszała – a nawet śmierdziała. Była chora, stara, zużyta i nie do zniesienia. Wszystko to dominowało nad treścią przekazu i miało nad nią ukrytą dla Melomana władzę. Albo to, co miało władze było tak naprawdę prawdziwą treścią kolekcji.  Niektóre płyty były tak zniszczone, że igła przeskakiwała. W kółko, w swoim własnym zapętleniu, powtarzając przypadkowy kawałek, co Melomanowi wcale nie przeszkadzało, wszak lubił powtórki.

Pewnego razu wydarzył się cud. I był to Cud Pierwszy.  Wtedy Meloman usłyszał trzaski. Nagle zrozumiał, że tego przecież – nie da się słuchać. Był zadziwiony, że do tej pory sam tego nie słyszał. Postanowił wziąć sprawy w swoje ręce i wymienić kolekcję na nową. Trochę się zmartwił bo w zamian kupił tylko jedną płytę ale za to nową. Teraz z płyty gramofony dało się słyszeć – niczym nie zmąconą subtelną, wyrafinowaną muzykę, którą Meloman zaczął się bezustannie raczyć – aż do zajechania czyli znudzenia.

Kiedy zapragnął czegoś nowego, poprosił o płytę dla niego właściwą – i to był Cud drugi. Jakby zrozumiał, że sam nie wie – czego chce, a kiedy wie, to czemu chce i czego tak naprewdę potrzebuje?  Meloman zasnął, a kiedy się ze snu przebudził – ujrzał prezent. Jak się można domyśleć, była to Płyta. Z należyta czcią, z jaką zachowuje się zwykle meloman, umieścił płytę w gramofonie. Po czym zasiadł wygodnie w fotelu i usłyszał.., nie, nie – co jest! Nic nie usłyszał.

Słyszał bowiem – Ciszę… Ta płyta była czysta, niczym nie zapisana.

Początkowo nieco się zdziwił. Nawet myślał, że Nieznany Darczyńca zrobił go w konia, oszukał.  Jednak już po chwili w jego świecie wydarzył się Cud Trzeci –  Meloman poczuł się ze sobą dobrze.

Pan z Wody

Mała Dziewczynka bawiła się nad brzegiem jeziora. Do brzegu dopływał Mężczyzna. Powoli wynurzył się z wody i wyszedł na plażę.

– Dzień dobry Panu z Wody – odezwała się, wcale nie zaskoczona nagłym pojawieniem się Mężczyzny, Dziewczynka. Dziecko jakby na niego czekało.
– Dzień dobry – odpowiedział Mężczyzna.

Pan z Wody gdzieś w głębi siebie troszeczkę się zmieszał. A nawet zawstydził. Przecież ani myślał przywitać się z Nieznaną Dziewczynką. A wręcz został, od takiej otwartej postawy Dziecka, do powitania zmuszony. Dla niej przywitanie się z nieznajomym było takie oczywiste.  Mężczyznę zdumiała i zarazem zaskoczyła czystość, a nade wszystko, śmiałość Dziecka.

Dziewczynka, nie zważając na wewnętrzne dylematy Mężczyzny, mówiła dalej.

– To jest moja siostra Michalina, ta wyższa, a to moja Ciocia. – Mężczyzna uśmiechnął się przyjaźnie.

– Miło poznać Ciebie i Twoją Rodzinę – odpowiedział.

I w tym czasie, Pan z Wody, dzięki temu niezwykłemu i niecodziennemu spotkaniu z Nieznaną Małą Dziewczynką odnalazł w sobie, zatracone gdzieś po drodze życia – Zaufanie.

Wszak był Panem z Wody.

A Dziecko, niczym Matka Natura, darowała swoją czystą obecnością Panu z Wody – Wolę Życia.