Wpisy z Listopad, 2016

Góra

Była sobie Góra.

Góra – jak to góra – górowała nad okolicą i szczyciła się swoim szczytem. Była wysoka, dostojna i niedostępna. Jej majestat swym pięknem kusił – uwodził i śmiałków zapraszał.

Wielu pragnęło ją zdobyć, by pierwszeństwa chwały zaszczytem wpisać się do grona zdobywców i jakby posiąść Górę na własność.  Lecz Nikt nie mógł tego dokonać.

Być może właśnie o tej.., i innej Górze, powiadali ludzie, „że góra z górą się nie zejdzie”. A jednak wielkich zdobywców tego świata, nie brakowało. Potężnych – niczym owa Góra – ciągnęło aby wejść na sam jej szczyt.

Góra – pełna władzy, złowieszczo się uśmiechała i z naiwnych drwiła. Śmiałkowie, którzy do niej zmierzali, długo szykowali się do wyprawy i stale o zdobyciu Góry marzyli.  Snując swoje wielkie plany, na ogół w swoje wizje wciągali i wykorzystywali innych, którzy tak jak oni w nie uwierzyli.  Tym pragnieniem opuszczali  swoje domy, które tak naprawdę już dawno temu opuścili.

Właśnie tego nie byli świadomi. Odrzuceni.

Dlatego prędzej lub później, podczas zdobywania Góry –  ginęli.

– A Góra? – gdyby Ktoś zapytał.

– No, cóż – miała na imię – Egoizm.

Nie do uniesienia ciężar

Wieczór zbliżał się ku nocy. Szarzało. Chodnikiem szła Zgrabna Kobieta. Tuż za nią podążał Mężczyzna. Jego wzrok podziwiał. Olśniony patrzył na jej zgrabne nogi i zmysłowo, podkreślaną ruchem falujących  bioder, kobiecą figurę.

Widok ten sprawiał mu wyjątkową przyjemność. Jak urzeczony wpatrywał się w jej długie, mocne – wyniesione przez wysokie obcasy, niczym bóstwo na ołtarze  – nogi. Kontemplował arcydzieło. Ruchomy obraz niedoścignionego piękna w swym  Dziele – Ideału utrwalonego talentem wybitnego artysty, którego nie mógł posiąść na własność.

Nie wiadomo: czy mężczyzna był za młody na swoją budzącą się jak ze snu nieznaną namiętność, czy też już zbyt stary na jej zaspokojenie. Zapewne razem, i jedno i drugie. Tymczasem za czymś tęsknił i w takiej pozostawał  jedności…

Mężczyzna niezauważenie dla samego siebie – przyspieszył. Powoli zbliżał się do samotnie idącej Zgrabnej Kobiety. Pozostawał względem niej blisko. Prawie tuż obok. Zaledwie tuż, tuż… Wtedy zdał sobie sprawę, że Zgrabna Kobieta się bała, kiedy On, wszak dla niej  Typ Nieznajomy, podążał tuż za nią.

Czuła jego wzrok. Wrzała – planując zemstę, jakby Typ Nieznajomy chciał jej coś złego zrobić. Zgrabna Kobieta, niczym na afiszu, pozostawała samotnie. Rzucała urok. Wzbudzała westchnienie, a Typ Nieznajomy jej głęboko ukryty lęk z jej wnętrza, swym  mrocznym, pełnym strachu  pożądaniem na sam wierzch, wydobył.

Sytuacja sprawiała Typowi Nieznajomemu dziwną, wręcz masochistyczną radość. Fascynację, którą się upajał i za, którą bez umiaru podążał. Można by rzec – szedłby tak długo. Bez końca – do śmierci – do końca. W tamtej chwili wydawało mu się, że rządzi swoją seksualną tęsknotą. A w Zgrabnej Kobiecie istniało to samo przedziwne kalectwo.

Młodego – pragnienia i Starca  – wspomnienia.

Mężczyzna chciał Kobietę uspokoić. W taki sposób – żeby się nie bała. Jednak, kiedy się z nią prawie zrównał, Zgrabna Kobietą gwałtownie obróciła się wykrzykując na zaskoczonego Partnera Wspólnej Drogi:

– Jak pan śmie! Co pan w ogóle wyprawia! Co pan sobie myśli! Cham! Świnia! Zboczeniec! – Broniąc się, pierwsza zaatakowała.

Dopiero wtedy Typ Nieznajomy wystraszył się prawdziwie. Zadrżał, gdyż Zgrabna Kobieta nie miała twarzy, a w jej miejscu ujrzał Nieskończoną Przestrzeń budzącą grozę i przerażenie.., a w niej – Ludzkie Cierpienie. Jego wzrok szybko uciekł.

W Oczy, których nie było, tymczasem nie śmiał, ani nie mógł spojrzeć. Nie był „gotowy” ujrzeć – jak własnych – ludzkości  haniebnych korzeni. Jak dla niego, w tamtej chwili, był to „ciężar nie do uniesienia”.

*

Jednak, żeby tej „beznadziejnej” sytuacji nie pozostawiać „bez wyjścia” – niedostrzegalnie dla obojga w „przestrzeni obrazu” pojawiła się Nadzieja. Była to Pani Czystego Serca, której co prawda nie widzieli, jednak Ona, nie „słowem”, a wyłącznie swoją Czystą Tożsamością Siebie wyraziła podpowiedź, którą gdyby mimo wszystko starać się opisać  słowami, brzmiała by tak – będziecie mogli spojrzeć w tamte okolice w odpowiednim dla siebie miejscu i czasie. Wówczas zostaną one,  za waszą prośbą i naszym kompetentnym pośrednictwem – ozdrowione. Stanie się tak, stopniowo, krok po kroku, bez pośpiechu – jedynie wyrazem wzrostu osobistej świadomości. Ja ofiarowuję wam siebie. Po czym zniknęła.

***

Przedziwnej Pary był to związek.

Nie-życie – a takież codzienne partnerstwo.

Jej Krzyk – był Głosem Niewłaściwej Matki.

Strachu i Agresji  – pozostawał Małżeństwem.

Oskarżał – jak Wyrok.

I grzmiał – niczym Sąd  Ostateczny.

Nie do uniesienia Ciężar

Nie miał związku z Życiem.

Te – Skryte Dziedzictwo,

W imieniu – Swojego,

Chorobami oraz śmiercią żyło.

Cierpieniem rządziło.

A jednak spojrzeć – Tam..,

Kiedyś..,

W Pamięci – Tamtego,

I w imieniu siebie,

Potrzeba się zgłosić..,

By w ciszy istnienia,

Imiennie – Bezimiennego

Prosić.., o Skutków

– Pierwotnej Przyczyny –

Tego – Odpuszczenie.