Nie do uniesienia ciężar

Wieczór zbliżał się ku nocy. Szarzało. Chodnikiem szła Zgrabna Kobieta. Tuż za nią podążał Mężczyzna. Jego wzrok podziwiał. Olśniony patrzył na jej zgrabne nogi i zmysłowo, podkreślaną ruchem falujących  bioder, kobiecą figurę.

Widok ten sprawiał mu wyjątkową przyjemność. Jak urzeczony wpatrywał się w jej długie, mocne – wyniesione przez wysokie obcasy, niczym bóstwo na ołtarze  – nogi. Kontemplował arcydzieło. Ruchomy obraz niedoścignionego piękna w swym  Dziele – Ideału utrwalonego talentem wybitnego artysty, którego nie mógł posiąść na własność.

Nie wiadomo: czy mężczyzna był za młody na swoją budzącą się jak ze snu nieznaną namiętność, czy też już zbyt stary na jej zaspokojenie. Zapewne razem, i jedno i drugie. Tymczasem za czymś tęsknił i w takiej pozostawał  jedności…

Mężczyzna niezauważenie dla samego siebie – przyspieszył. Powoli zbliżał się do samotnie idącej Zgrabnej Kobiety. Pozostawał względem niej blisko. Prawie tuż obok. Zaledwie tuż, tuż… Wtedy zdał sobie sprawę, że Zgrabna Kobieta się bała, kiedy On, wszak dla niej  Typ Nieznajomy, podążał tuż za nią.

Czuła jego wzrok. Wrzała – planując zemstę, jakby Typ Nieznajomy chciał jej coś złego zrobić. Zgrabna Kobieta, niczym na afiszu, pozostawała samotnie. Rzucała urok. Wzbudzała westchnienie, a Typ Nieznajomy jej głęboko ukryty lęk z jej wnętrza, swym  mrocznym, pełnym strachu  pożądaniem na sam wierzch, wydobył.

Sytuacja sprawiała Typowi Nieznajomemu dziwną, wręcz masochistyczną radość. Fascynację, którą się upajał i za, którą bez umiaru podążał. Można by rzec – szedłby tak długo. Bez końca – do śmierci – do końca. W tamtej chwili wydawało mu się, że rządzi swoją seksualną tęsknotą. A w Zgrabnej Kobiecie istniało to samo przedziwne kalectwo.

Młodego – pragnienia i Starca  – wspomnienia.

Mężczyzna chciał Kobietę uspokoić. W taki sposób – żeby się nie bała. Jednak, kiedy się z nią prawie zrównał, Zgrabna Kobietą gwałtownie obróciła się wykrzykując na zaskoczonego Partnera Wspólnej Drogi:

– Jak pan śmie! Co pan w ogóle wyprawia! Co pan sobie myśli! Cham! Świnia! Zboczeniec! – Broniąc się, pierwsza zaatakowała.

Dopiero wtedy Typ Nieznajomy wystraszył się prawdziwie. Zadrżał, gdyż Zgrabna Kobieta nie miała twarzy, a w jej miejscu ujrzał Nieskończoną Przestrzeń budzącą grozę i przerażenie.., a w niej – Ludzkie Cierpienie. Jego wzrok szybko uciekł.

W Oczy, których nie było, tymczasem nie śmiał, ani nie mógł spojrzeć. Nie był „gotowy” ujrzeć – jak własnych – ludzkości  haniebnych korzeni. Jak dla niego, w tamtej chwili, był to „ciężar nie do uniesienia”.

*

Jednak, żeby tej „beznadziejnej” sytuacji nie pozostawiać „bez wyjścia” – niedostrzegalnie dla obojga w „przestrzeni obrazu” pojawiła się Nadzieja. Była to Pani Czystego Serca, której co prawda nie widzieli, jednak Ona, nie „słowem”, a wyłącznie swoją Czystą Tożsamością Siebie wyraziła podpowiedź, którą gdyby mimo wszystko starać się opisać  słowami, brzmiała by tak – będziecie mogli spojrzeć w tamte okolice w odpowiednim dla siebie miejscu i czasie. Wówczas zostaną one,  za waszą prośbą i naszym kompetentnym pośrednictwem – ozdrowione. Stanie się tak, stopniowo, krok po kroku, bez pośpiechu – jedynie wyrazem wzrostu osobistej świadomości. Ja ofiarowuję wam siebie. Po czym zniknęła.

***

Przedziwnej Pary był to związek.

Nie-życie – a takież codzienne partnerstwo.

Jej Krzyk – był Głosem Niewłaściwej Matki.

Strachu i Agresji  – pozostawał Małżeństwem.

Oskarżał – jak Wyrok.

I grzmiał – niczym Sąd  Ostateczny.

Nie do uniesienia Ciężar

Nie miał związku z Życiem.

Te – Skryte Dziedzictwo,

W imieniu – Swojego,

Chorobami oraz śmiercią żyło.

Cierpieniem rządziło.

A jednak spojrzeć – Tam..,

Kiedyś..,

W Pamięci – Tamtego,

I w imieniu siebie,

Potrzeba się zgłosić..,

By w ciszy istnienia,

Imiennie – Bezimiennego

Prosić.., o Skutków

– Pierwotnej Przyczyny –

Tego – Odpuszczenie.

Kobieta Piękna

Kobieta Piękna wodą płynęła. Była naga, lecz jej zmysłowego, kobiecego ciała nie można było zobaczyć, ponieważ płynęła w Brudnej i Mętnej Wodzie. Mimo to wypatrzył ją Ciekawski Obserwator. Nie wiadomo na co liczył. Widział tylko jej ładną twarz. Reszty musiał się domyśleć. I ta przysłonięta Mętną Wodą ukryta „reszta”  rozbudzała namiętności Ciekawskiego Obserwatora. Jak każdy mężczyzna pragnął żeby Kobieta Piękna wyszła z Mętnej Wody. Wówczas nie tylko poznałby powabne kształty, tymczasem wyobrażonego kobiecego ciała ale również mógłby prawdziwie ją posiąść. Zadumał się – och.., by mieć. Jak mit, czy legendę – mieć. Och.., by jej ciało, w osobistej kartotece pin -up girl na własność – mieć, ach..,w każdej chwili – choć na chwilę, na wieczność i na stałe – mieć, mieć i mieć.

Tak też się stało. Sytuacja spełniła pragnienia i marzenie Ciekawskiego Obserwatora. Oczom mężczyzny ukazał się niedościgniony Kobiecy Ideał. Kobieta Piękna z gracją Nimfy wynurzyła się z Mętnej Wody. Szła powoli, z każdym ruchem i z kolejnym subtelnym gestem rozbudzając zmysły i rozpalając namiętności  Ciekawskiego Obserwatora. A on swoim rozmarzonym wzrokiem podążał tuż za nią.

Po chwili Kobieta Piękna weszła na sam szczyt stromego brzegu zbocza. Na samej górze przystanęła. Gwałtownie  obróciła się w stronę  Ciekawskiego Obserwatora. Wtedy doznał szoku. Przed sobą, zamiast Kobiety Pięknej zobaczył zniszczonego życiem, chorego, pomarszczonego Starego Mężczyznę.

Wszak chciał ujrzeć – Absolutnie Całe Piękno – z Mętnej Wody – Kobiety Pięknej.

Kot doskonały

Ten Kot nie zachowywał się jak inne koty, był bowiem Kotem Doskonałym. Jako Kot Doskonały nie miał  szczególnych  zdolności, czy też właściwości, które by go specjalnie wyróżniały – jak powiedzmy „Kot w butach”, czy też inne, powszechnie znane, Genialne Koty. Kot Doskonały był zadbany. Miał gęste futerko, które skrapiał drogimi perfumami. Lubił ładnie pachnieć, schludnie i dobrze wyglądać. Kochał być kochany oraz lubił być wyróżniany, dlatego za swoje zasługi od czasu do czasu dostawał medale. Odznaczenia, tworząc bohatera, dodawały mu splendoru i wzbudzały powszechny, społeczny szacunek. Kot Doskonały głoszonym słowem wzbudzał powagę i był przez inne wierne i zakochane w nim koty – słuchany. Kot Doskonały zachowywał się – jakby wszystko wiedział, wobec tego można mu było zaufać i w niego uwierzyć, a nawet powierzyć w jego ręce, niczym lekarzowi, własny los lub życie.

No cóż, nic nowego pod słońcem, dość powszechna postawa – zauważy uważny obserwator. Rodzi się więc pytanie – dlaczego Kot Doskonały był kotem doskonałym?

Wielka Tajemnica i zarazem Sztuczka Kota Doskonałego polegała na jego dziwnej metamorfozie – właśnie stąd wynikała jego doskonałość. Kiedy obracał się do rozmówcy tyłem, i ten jego prawdziwej i całościowej natury nie mógł zobaczyć, gdyż twarz Kota Doskonałego zasłaniał jego zad i inne wewnętrzne organy, właśnie wtedy na jego twarzy pojawiała się wściekłość i wzbudzała agresja. Natomiast kiedy Kot Doskonały obrócił się do słuchacza przodem, to na jego twarzy widniał już tylko spokój i rysowała się powaga – ewentualnie, w zależności od sytuacji i potrzeby chwili, pojawiał się miły, przyjazny uśmiech czy też inna oczekiwana cecha: empatia lub zainteresowanie. Jakby był znakomitym, wręcz perfekcyjnym, aktorem. Graczem najwyższej klasy. Dlatego prawda o Kocie Doskonałym była tak dobrze i głęboko ukryta. Taka, wydawałoby się inteligentna czy też sprytna i chytra postawa, zapewniała mu władzę i dawała nad innymi przewagę.

Jednak Kot Doskonały sam nie wiedział, że za jego istotą bycia doskonałym kryła się jeszcze Wyższa Doskonałość, która owo pragnienie „bycia doskonałym”, niczym religia, wykorzystywała – przejmując nad Kotem Doskonałym – kontrolę. To był główny i Najwyższy Ideolog.

Jedynie Nicość  ten fałsz dostrzegała.  Dla zrodzonych z Nicości – Najwyższe Prawdy – Tożsamości Boskich Impulsów Istnieniowych: Wiary, Miłości, Sumienia i Nadziei, Kot Doskonały i jego zwierzchnik – Demiurg Doskonały, nie mieli żadnego znaczenia.

Piłeczka

Była sobie Piłeczka. Piłeczka imion miała sporo, a nazywała się zwyczajnie i pospolicie, po prostu – Piłeczka. Piłeczka zawsze była w ruchu. W kółko się kręciła i dokądś  zmierzała. Generalnie spadała.   Niezmiennie do „czegoś” się dobijała i od owego „czegoś” – odbijała. A odbijała się od sobie samej, nieznanej, niewidzialnej i ukrytej przeszkody.

Gdyby zobaczyć ową Piłeczkę w ruchu, jakby ujrzeć Piłeczkę w jej twórczym wysiłku,  zachowanie Piłeczki zamknięte było w niewidocznej dla niej samej Przestrzeni. Ściany tworzące ową Przestrzeń były imionami Piłeczki i ukrywały ograniczające i zniewalające dla Piłeczki – Treści. Były dziedzictwem Piłeczki, o którym ona nie miała zielonego, ani nawet bladego – pojęcia. Wszak Piłeczka miała Rodziców. Nie urwała się przecież z choinki – a co jest znacznie bardziej prawdopodobne, zrodziła z Mamusi – Macochy i  Ojca – Żołnierza.

Ciekawe, że Rodzice Piłeczki też mieli Rodziców, a Rodzice tychże Rodziców także mieli Rodziców. Niestety dalsze losy jej przodków popadły w zapomnienie, jakby się wstydziły samych siebie i ukrywały przed swoimi dziećmi, a nawet własnym otoczeniem –  osobistą treść – Istotę tego co niegdyś swym nieludzkim czynem – zrobili. Ten spadek jako śmiertelna choroba niczym garb, niepostrzeżenie przeszedł na dzieci.

Właśnie, od owych ścian – muru dziedzictwa Praojców i Pramatek, Piłeczka stale się odbijała. Ściany tworzyły geometryczne figury – powiedzmy platońskie. Owe figury były więzieniem dla Piłeczki i determinowały jej całe życie. Używając, nic nie wyjaśniającej i bezradnej nomenklatury – były dziedziczne.  Ale Piłeczka o tym nie wiedziała i zachowywała się tak, jak się zachowywała, czyli odbijała od treści zapisanej w ścianie Niewidzialnej Przestrzeni, z którą Piłeczka się aktualnie  zderzała.

Owe ściany miały nad Piłeczką Pełnię Władzy i ustanawiały niczym Rząd Dusz – Kontrolę. Wydawało się, że za tym murem pojawiała się Jasność. Istniała Wolność, ale Piłeczka innych, dalszych horyzontów nie była świadoma; ba nawet nie chciała, ani śmiała, ani nie mogła dalej zaglądnąć – jakby się bała.

Dobrze jej było z własnym patriotyzmem, wszak to było jej życie: jej własny dom, jej ciało, jej wiedza, jej język,  jej religia, jej partia -wreszcie jej imię i jej nazwisko – Piłeczka. Wszystkie ściany – ludzkości życiem – Tożsamości wdrukowane. Piłeczka innego Istnienia nie znała. W jakie się wdała – takie kochała.

Tego Wszystkiego Piłeczka była Nosicielem.

Meloman

Meloman słuchał muzyki. Analogowej. Z czarnego krążka. Ze swojej przeogromnej kolekcji wybierał repertuar stosowny do chwili. Zazwyczaj kojący. Muzyka z gramofonu była beztroska w wypowiedzi i dla uczuć – czuła, rzecz jasna namiętna  – nie bogata w słowach.

Meloman jednak miał poważną wadę słuchu, o której nie wiedział. Owa wada, z jednej strony wcale wadą nie była, a wręcz była dla Melomana zbawienna. W swoim przejawie jego ucho filtrowało wszystkie trzaski i szumy jakie wydobywa igła gramofonu w przypadku odtwarzania bardzo starej i mocno zabrudzonej płyty. Dlatego Meloman, wydawało by się, że bez uszczerbku dla siebie,  mógł słuchać nawet mocno zniszczone płyty. Któż to wie, być może dlatego wręcz nie dbał o nie,  a nawet skupował stare – za grosze i nie przez siebie, a przez innych melomanów zniszczone.

Meloman słuchał, latami słuchał. A w ciągu swojego życia zgromadził nawet bogatą kolekcję. Jego kolekcja, dla Istoty bez owej wady słuchu: skrzypiała, szumiała, trzaskała, szarpała, wrzeszczała, odpychała, odrażała, odstraszała – a nawet śmierdziała. Była chora, stara, zużyta i nie do zniesienia. Wszystko to dominowało nad treścią przekazu i miało nad nią ukrytą dla Melomana władzę. Albo to, co miało władze było tak naprawdę prawdziwą treścią kolekcji.  Niektóre płyty były tak zniszczone, że igła przeskakiwała. W kółko, w swoim własnym zapętleniu, powtarzając przypadkowy kawałek, co Melomanowi wcale nie przeszkadzało, wszak lubił powtórki.

Pewnego razu wydarzył się cud. I był to Cud Pierwszy.  Wtedy Meloman usłyszał trzaski. Nagle zrozumiał, że tego przecież – nie da się słuchać. Był zadziwiony, że do tej pory sam tego nie słyszał. Postanowił wziąć sprawy w swoje ręce i wymienić kolekcję na nową. Trochę się zmartwił bo w zamian kupił tylko jedną płytę ale za to nową. Teraz z płyty gramofony dało się słyszeć – niczym nie zmąconą subtelną, wyrafinowaną muzykę, którą Meloman zaczął się bezustannie raczyć – aż do zajechania czyli znudzenia.

Kiedy zapragnął czegoś nowego, poprosił o płytę dla niego właściwą – i to był Cud drugi. Jakby zrozumiał, że sam nie wie – czego chce, a kiedy wie, to czemu chce i czego tak naprewdę potrzebuje?  Meloman zasnął, a kiedy się ze snu przebudził – ujrzał prezent. Jak się można domyśleć, była to Płyta. Z należyta czcią, z jaką zachowuje się zwykle meloman, umieścił płytę w gramofonie. Po czym zasiadł wygodnie w fotelu i usłyszał.., nie, nie – co jest! Nic nie usłyszał.

Słyszał bowiem – Ciszę… Ta płyta była czysta, niczym nie zapisana.

Początkowo nieco się zdziwił. Nawet myślał, że Nieznany Darczyńca zrobił go w konia, oszukał.  Jednak już po chwili w jego świecie wydarzył się Cud Trzeci –  Meloman poczuł się ze sobą dobrze.

Pan z Wody

Mała Dziewczynka bawiła się nad brzegiem jeziora. Do brzegu dopływał Mężczyzna. Powoli wynurzył się z wody i wyszedł na plażę.

– Dzień dobry Panu z Wody – odezwała się, wcale nie zaskoczona nagłym pojawieniem się Mężczyzny, Dziewczynka. Dziecko jakby na niego czekało.
– Dzień dobry – odpowiedział Mężczyzna.

Pan z Wody gdzieś w głębi siebie troszeczkę się zmieszał. A nawet zawstydził. Przecież ani myślał przywitać się z Nieznaną Dziewczynką. A wręcz został, od takiej otwartej postawy Dziecka, do powitania zmuszony. Dla niej przywitanie się z nieznajomym było takie oczywiste.  Mężczyznę zdumiała i zarazem zaskoczyła czystość, a nade wszystko, śmiałość Dziecka.

Dziewczynka, nie zważając na wewnętrzne dylematy Mężczyzny, mówiła dalej.

– To jest moja siostra Michalina, ta wyższa, a to moja Ciocia. – Mężczyzna uśmiechnął się przyjaźnie.

– Miło poznać Ciebie i Twoją Rodzinę – odpowiedział.

I w tym czasie, Pan z Wody, dzięki temu niezwykłemu i niecodziennemu spotkaniu z Nieznaną Małą Dziewczynką odnalazł w sobie, zatracone gdzieś po drodze życia – Zaufanie.

Wszak był Panem z Wody.

A Dziecko, niczym Matka Natura, darowała swoją czystą obecnością Panu z Wody – Wolę Życia.

Kochankowie

Odnaleźli w sobie Piękno.
Ich rozmowa była Pięknem,
I milczenie – bez słów… Słowa:

Jesteś Piękny,
Jesteś Piękna,

Równie Piękne.

*

Przytuleni – Przebudzeniem.

Przodków pięknem,

Dzieci Piękne.

*

W Pustce Wibrującej Ciszy,

Pulsie Matki Życia – Tła,

Pięknie w Nim i w Niej,

We mnie.

 

Regeneza – Jak promyk Nadziei

Nagle, przypomniały mi się słowa Mędrca – „Mędrzec i Dziecko zwołują ludzi bez przywoływania.” To mądre zdanie, o którym niegdyś pomyślałem, że zawarta jest w nim Istota „wzorcowego” marketingu, a nawet sposobu podchodzenia do własnych działań we wszystkich obszarach życia.

Kiedy piszę te słowa, widzę w bibliotece dzieło guru marketingu – Philipa Kotlera, księgę o zwięzłym tytule – „Marketing”; uśmiecham się do siebie, myśląc – a ja mam na myśli inny możliwy marketing, taki bez słów – marketing bez Słowa.

Jeśli chodzi o Idee, nawet Ideę Wzorcowego Marketingu, to tenże Mędrzec podpowiada w innym miejscu, że „właściwego przekazu idei nie można osiągnąć w sposób bezpośredni”, gdyż ludzie będą się przed nią świadomie lub nieświadomie bronili; nie tylko dlatego, że jest im dobrze ze „starym” – sobą, czyli ze starymi ideami, ideologiami, religiami, wierzeniami, bujdami, bajkami, mitami, legendami, pseudo nauką, wymądrzaniem i związanymi z nimi emocjami,  którymi byli świadomie i nieświadomie karmieni przez najbliższych od dziecka – i jak przepełnione  treścią owego pokarmu pełne naczynie  pozostaje  dla jego użytkownika bezużytecznym, tak i oni sami,  jeśli nie usuną z siebie i to w porę – starej, wielce szkodliwej zawartości, stając się choćby na chwilę „pustymi”, by to puste miejsce mogło być wypełnione czymś dla nich samych – właściwym : pierwotnym, dobrym i wartościowym; a jednocześnie  w Drodze do owej „pustki” dostrzegając własną małość, podłość i znikomość oraz inne powody nienormalności i głupoty, a jednocześnie przyznając się choćby przed samym sobą do własnych słabości oraz ograniczeń i przy okazji poznając ich pierwotne przyczyny, nie poczuli się źle, a w wręcz przeciwnie – prowadzeni nadzieją i wiara w siebie, wiedzieli, że za chwilę poczują w sobie harmonię ze wszystkim co istnieje i jednocześnie instynktownie dostrzegli, że pozostając tylko w „starym” i przed zmianą, to właśnie „stare” będzie zwiastunem chorób, które najczęściej co prawda nie wyszły jeszcze z ukrycia, bo przecież na zewnątrz wyglądamy młodo i czujemy się pozornie zdrowo, choć tak naprawdę udajemy i oszukujemy siebie, pozostając w nawyku „starego” – szponach niewidzialnego i nieuświadomionego, dlatego sami nie wiemy w jakiej jeszcze pozostajemy chorobie; nieświadomi tego, że to, co dla nas jest tak wysoce szkodliwe już w nas niepostrzeżenie wrosło i się mocno zakorzeniło, a do tego prędzej lub najczęściej niestety później,  bezwzględnie ujawni swoją destrukcyjną dla nas samych zawartość, nadto, warunkując całe nasze dotychczasowe życie.

Postąpi tak wyłącznie dlatego, że  samo „stare” i „chore”  chce żyć – chce żyć własną chorobą, własną śmiercią – chcę żyć swoją własną tożsamością „siebie starego i chorego – wrogiego”,  jako nieznanych powodów pierwotnych przyczyn chorób i przedwczesnej starości; wobec tego, tak łatwo nie zechce same odejść; ba, nawet  nie wie, że dla Starego i Chorego zmiana i samo naprawa  jest  w ogóle możliwa.

Podróż, wspomnianą przez mnie wyżej, „Drogą” czyniona potrzebuje być stopniowo, krok po kroku, a jej stopień trudności zależy od stopnia zanieczyszczenia osobistego istnienia, który jest wynikiem indywidualnego dziedzictwa, jego stopnia złożoności i skomplikowania czyli uwikłania w osobiste problemy i ich „wagi” jako ciężaru gatunkowego danej „sprawy do załatwienia”.

Stopniowalność, będąca równocześnie powolnym wzrostem „własnej świadomości – w czystości”, zazwyczaj, ze względu na  dobro zainteresowanego, nie może odbyć się natychmiastowo. Prostota pojawia się dopiero na końcu Drogi. Miłość jest prosta. Jednak tylko wtedy kiedy jest – a Jest, kiedy jest zdolnością własnego w nas samych swojego istnienia. Nie będąc nazwą i nie będąc słowem a będąc Słowem czyli wyrazem osobistej Emanacji.  Mądrość i związana z nią prawda naszego istnienia kiedy już na ową Drogę wkroczymy jest bezwzględna – co oznacza, że ujawni wszystkie boczne, kręte ścieżki, które nas przez życie do tej pory prowadziły.

Jednak nie ma zmiany bez zmiany. Nie można postępować jak niegdyś, zachowując stare i jednocześnie zyskać nowe. Jeśli tak przez monet się zdarza to znak, że zmiana dokonała się nie w pełni i nie do końca, i nie ma w naszej „zbiorczej obecności” jedności z nowym; cięgle tęsknimy za starym, chcemy mieć i to, i to, i jedno, i drugie.

Znak, że zmiana dokonała się w pełni i od końca równa się zmianie jakości życia jakie prowadzimy.

Właściwy przekaz każdej Idei budzącej akceptację pojawia się w ludziach wówczas kiedy jest osobistym doświadczeniem jej uczestnika. Jedynie wówczas taka opowieść o idei jest autentyczna i budzi zaufanie; jest godna w nią uwierzenia, jakby osoba, do której jest kierowana myślała, że sama ją wymyśliła.

Niegdyś bałem się jeszcze mówić wprost choć zawsze byłem szczery w  zgodzie z zabrudzeniem własnej szczerości.  Z nonszalancji, że „wiem” już się uwolniłem. Choć wiem kiedy wiem i wiem kiedy nie wiem. „Podziwiam” natomiast ludzi, „którzy wiedzą”, szczególnie polityków lub zacnych przedstawicieli innych profesji hamujących swoim „zasłużonym autorytetem” nie tylko własny wzrost ale i całych grup społecznych, na które mają realny wpływ. Jednocześnie nie mówię gdy nie trzeba; dlatego pewne przesłania potrzebują pozostać „ukryte” i zależeć od stopnia wtajemniczenia danej osoby, w danej sprawie.

Nie chodzi mi o jakąś wielką tajemnicę, a o realną możliwość Tajemnicy zrozumienia. Nie istnieje Tajemnica, która została odkryta a  jedynie brak możliwości jej zrozumienia i praktycznego wdrożenia. Dlatego pewne Idee zostały, nawet nie przeze mnie „ukryte”, w samym tytule książki pod  nazwą „Baśni, która odnalazła Ciebie”, która jest również środkową częścią innej książki, jako nieco większej całości, zatytułowanej REGENEZA,  a przynajmniej taką miałem intencję.

Wyjaśnię o co mi chodzi. Pewnie Szanowny Czytelnik zna Idee prawie wszystkich rewolucji. Bardzo często występują one pod wzniosłym hasłem: Wolności, Równości i Braterstwa. Problemem jest fakt, że na ogół te piękne idee, płynące z ust głosiciela idei, on sam – nazwijmy go teraz Panem Złotoustym, zwyczajnie, w samym sobie,  ich nie posiada; bo kiedy te wzniosłe idee prawdziwie w nas „istnieją”, to na pewno nie są głoszone. Opowiadane są jedynie wtedy, kiedy straciły swoje prawdziwe znaczenie, a z nas samych wydobywa się, najczęściej nieświadomie: fałsz, strach i ogólny brak harmonii, a sama Idea bez wewnętrznej  treści i pusta w słowie jest wyrazem buntu, niezgody, walki, chciejstwa, prośby, zawołania, nieskutecznej modlitwy, afirmacji – naiwnego wezwania do czynu dla spraw, których byśmy sobie i innym jedynie życzyli.

Weźmy inny przykład, tym razem dotyczący Boskich Impulsów Istnieniowych: Wiary, Miłości i Nadziei oraz Sumienia. Kiedy owe „impulsy” w nas istnieją, wówczas są „zaistnieniami” ,”bytami” egzystującymi w naszej zbiorczej obecności.  Są cnotami, o których nie trzeba mówić, gdy się nimi prawdziwie JEST – co w efekcie oznacza – Być. Kiedy nasze działania czynione są z prawdy „czystego serca”, której znaczenie zawiera Istota Świadomości Miłości = Tożsamość Miłości, wspierana przez Świadomość Wiary = Tożsamość Wiary oraz Świadomość Nadziei = Tożsamość Nadziei, wówczas pojawia się niejako przy okazji Czystość „wypowiedzi bez wypowiedzi” i to niezależnie czy się coś mówi, czy się cokolwiek mówi,  czy też się nic nie mówi.

Kiedy wzrastamy, rozwijamy się, dojrzewamy, mądrzejemy, doświadczamy, szlachetniejemy – owszem zasada, którą opisuję też działa, jednak w ograniczonym jeszcze zakresie; zakresie „osobistych spraw do załatwienia” , które są wyrazem „brudu”, własnej, najczęściej nieuświadomionej przez nas samych  przytłumionej przez ten brud, emanacji. Wyrazem tego brudu jest nasze życie i wszystko, co nas w nim spotyka. To, co wewnątrz ukazuje się i to bezwzględnie na zewnątrz. Jakby Bóg był naszym bezwzględnym wrogiem. A tak naprawdę, to otoczenie nas doskonali, a Stwarzający Niemówiący, Wszystkowiedzący i Wszystkowidzący powiadał, niestety poprzez nam najbliższych, czyli tych, z którymi jesteśmy emocjonalnie związani i czego najczęściej nie umiemy znieść oraz zrozumieć — zajmij się jeszcze „tym i tym”, a  co samo dostrzegasz we mnie, jest również w Tobie,  tylko bardziej ukryte i głębiej schowane. Siebie nie widzimy, dlatego widząc zachowania wobec nas najbliższych możemy dostrzec siebie. To jakby dar od Matki Natury dla naszej przemiany. Jednocześnie nie możemy zmieniać innych bez uprzedniej zmiany siebie lub zmieniając innych wiemy, że zmieniamy również siebie.

Jeśli nie znamy tej zasady, za swój los obwiniamy innych, szukamy na zewnątrz – a nie w sobie; to inni są winni – a nie my. Jeśli znamy, choćby  intelektualnie, ową zasadę, to też najczęściej jej nie rozumiemy, bo kiedy Życie, przy pomocy najczęściej gorzkich słów albo niegodziwych dla człowieka  czynów, skierowanych pod naszym adresem, przemawia lub nam złego czyni, reguły tej zasady przez emocje jakie w nas samych w tym momencie  automatycznie wywołuje, ścierają w proch, w tym czasie,  jakąkolwiek możliwość jej zrozumienia.

Jeżeli refleksja zrozumienia  owej najważniejszej z zasad, że to, co na zewnątrz pojawiło się w naszym świecie wyłącznie dlatego, że to samo jest gdzieś głęboko ukryte w naszym  wnętrzu,  dotrze do nas po chwili; do tego zostanie odnotowana jako możliwość głębszego wejrzenia w siebie i zmiany siebie, to taka postawa nie tylko czyni nas mądrzejszymi ale też ustanowimy podstawę do zaistnienia w nas samych tej zmiany – w taki sposób aby to, co zdarzyło się wobec naszej osoby, tylko i wyłącznie dla naszego dobra – bo zrozumienia siebie, już nigdy więcej się nie powtórzyło.

Wówczas zyskujemy zrozumienie prawdziwej zasady Uległości i jednocześnie poprzez „wybaczenie” darowane z Góry  za wykonaną przez nas „pracę zrozumienia siebie” i to na wszystkich poziomach naszego zbiorczego istnienia, jej Istotą – jednak już jako „nie wartością” a cnotą –  się stajemy. A z nas samych znika wojna i jej szkodliwe dla życia następstwa.

Kiedy się “zwołuje ludzi bez przywoływania”, ludzie i nie tylko ludzie, gromadzą się wokół Zwołującego i nie doznają żadnej krzywdy, gdyż w takich i przy takich Zwołujących Indywidualnościach  odnajdują ich oraz swój własny, nowo nabyty spokój, bezpieczeństwo i radość nocy, i dnia powszedniego; odnajdują  cechy wypływające z osobistej Prawdy, to znaczy – Czystości Zwołującego, która  jest  wyrazem jego Tożsamości i dobywającej się z niej niewidzialnej i widzialnej emanacji.

Zwołujący jest prawdziwie a nie sztucznie autentyczny; to są jego prawdziwe a nie sztuczne, wmówione Tożsamości, dlatego  po spotkaniu z nim i dla nas samych pojawia się możliwość transformacji niegodnego i najczęściej nieznanego aspektu siebie – czyli „swojej własnej sprawy do załatwienia” oraz dalszego wzrostu nas jako Zbłąkanego Przybysza.

Niestety tu na Ziemi nasze ciało dźwiga ciężar haniebnego rodzinnego dziedzictwa, z którym nieświadomie jesteśmy splątani. Jeśli mamy taka umiejętność i pamiętamy siebie, ewentualnie coś niecoś wiemy o losach rodziców, mamy trochę wiedzy o dziadkach, niestety o dalszych pokoleniach najczęściej  nie wiemy nic, a to od „minionych pokoleń” jako sprawców naszego istnienia w tym ciele,  nieświadomie – nieświadomych siebie rodziców w czasie kiedy nas poczęli i później najlepiej jak potrafili – wychowywali, to „coś” poprzez tychże rodziców zostało nam przekazane.

To „coś” jest najczęściej wielką tajemnicą i zarazem wielką zbrodnią, wielka niegodziwością i „czymś” względnie „Kimś”, które to „coś” uniemożliwia nam stanie się Byciem Wolnym, Wypełnionym Mocą, Świadomym i co najważniejsze Kochającym i Współczującym Człowiekiem, którego tak naprawdę od tej chwili  dopiero można nazwać CZŁOWIEKIEM, a nie, jak do pory – automatem – maszyną realizującą bezwiednie nieznany jej samej nieuświadomiony program.

Ponieważ współpracuję z ludźmi, którzy już trochę pożyli, jednym słowem świadomie lub nie “wzbogacili” siebie w niezły bałagan, teraz już bałagan własnego istnienia, czyli są już dojrzali, i nawet słowa „wzbogacili” nie powinienem dawać w cudzysłowie, bo dzięki takiemu „bogactwu”, które jest ich już własnym cierpieniem i ciężarem – mogą albo bardzo wzrosnąć albo upaść na samo dno.

Według mnie, jedynym celem każdego  życia jest ten ciężar zrozumieć i się od niego uwolnić, przetransformować, ozdrowić, a będąc precyzyjnym, stworzyć przy pomocy własnego zaangażowania, szansę na taką możliwość. Wówczas tak naprawdę nie my udzielamy wsparcia; sami nie możemy nic zrobić, ponieważ nasze wady jako informacja zapisane są w innej niedostępnej dla nas przestrzeni; wówczas, gdy się do nich zbliżymy, pomogą nam specjaliści Wyższego Właściwego Poziomu,  Istoty Wyższego Potencjału i Prawdy Własnej Tożsamości, a i to, tylko pod warunkiem właściwej osobistej diagnozy, czyli takiej, do której sami na zasadzie najczęściej wstrząsu, będącego wyrazem uświadomionego nagle wewnętrznego konfliktu, dojdziemy.

Własne zaangażowanie jest odkryciem indywidualnej drogi do osobistego oświecenia. Regeneza jest jedną z takich Oświeceniowych Szkół. Jak promyk Nadziei Wielkiej Drogi Światła. Szkołą Zrozumienia Siebie i Fizyczno -Psychicznej Odbudowy i Odnowy.

Tylko w ten sposób można mówić o Wolności. O przepraszam, nie mówić… Wówczas „Nikt i Nic nie ma na nas wpływu”, o jeszcze raz przepraszam – prócz Emanacji Absolutu, która jest Słowem Boga. I choć dla niej też jesteśmy niewolnikami, jednak teraz Niewolnikami Stworzyciela Nieba i Ziemi i Wszystkiego Co Istnieje; nie możemy się uwolnić od Tego, który Stwarza; możemy się jedynie do niego upodobnić na jego “wzór i podobieństwo” i działać według jego zasad i prawd jego małżonki – Matki Natury – Pani Wielkiej Przyrody, czyli występować w Ojca i Matki drużynie dla dobra wspólnego wszystkich i wszystkiego. A to już oznacza – Służyć.

Wielka Noc i Wielkie Słowa

Spokojnych Świąt,
Droga Przyjaciółko,
Zacny Przyjacielu.
Już dorosły, jako Dziecko
Prawdą Wiary – Odrodzenia,
O to wnoszę!

Z Miłości – Mocą,
I Sumienia – Czystego,
Nadzieją.

Życzenie

Na Rok Nowy

Życzenie dostałem.

Gwiazdką je oddzielam

Przekazując dalej.

*

Życzę Tobie tego,

Czego sam byś sobie nie życzył,

Bo byś nie pomyślał, że właśnie tego

Najbardziej  potrzebujesz.

« Poprzednia stronaNastępna strona »