Regeneza – Jak promyk Nadziei

Nagle, przypomniały mi się słowa Mędrca – „Mędrzec i Dziecko zwołują ludzi bez przywoływania.” To mądre zdanie, o którym niegdyś pomyślałem, że zawarta jest w nim Istota „wzorcowego” marketingu, a nawet sposobu podchodzenia do własnych działań we wszystkich obszarach życia.

Kiedy piszę te słowa, widzę w bibliotece dzieło guru marketingu – Philipa Kotlera, księgę o zwięzłym tytule – „Marketing”; uśmiecham się do siebie, myśląc – a ja mam na myśli inny możliwy marketing, taki bez słów – marketing bez Słowa.

Jeśli chodzi o Idee, nawet Ideę Wzorcowego Marketingu, to tenże Mędrzec podpowiada w innym miejscu, że „właściwego przekazu idei nie można osiągnąć w sposób bezpośredni”, gdyż ludzie będą się przed nią świadomie lub nieświadomie bronili; nie tylko dlatego, że jest im dobrze ze „starym” – sobą, czyli ze starymi ideami, ideologiami, religiami, wierzeniami, bujdami, bajkami, mitami, legendami, pseudo nauką, wymądrzaniem i związanymi z nimi emocjami,  którymi byli świadomie i nieświadomie karmieni przez najbliższych od dziecka – i jak przepełnione  treścią owego pokarmu pełne naczynie  pozostaje  dla jego użytkownika bezużytecznym, tak i oni sami,  jeśli nie usuną z siebie i to w porę – starej, wielce szkodliwej zawartości, stając się choćby na chwilę „pustymi”, by to puste miejsce mogło być wypełnione czymś dla nich samych – właściwym : pierwotnym, dobrym i wartościowym; a jednocześnie  w Drodze do owej „pustki” dostrzegając własną małość, podłość i znikomość oraz inne powody nienormalności i głupoty, a jednocześnie przyznając się choćby przed samym sobą do własnych słabości oraz ograniczeń i przy okazji poznając ich pierwotne przyczyny, nie poczuli się źle, a w wręcz przeciwnie – prowadzeni nadzieją i wiara w siebie, wiedzieli, że za chwilę poczują w sobie harmonię ze wszystkim co istnieje i jednocześnie instynktownie dostrzegli, że pozostając tylko w „starym” i przed zmianą, to właśnie „stare” będzie zwiastunem chorób, które najczęściej co prawda nie wyszły jeszcze z ukrycia, bo przecież na zewnątrz wyglądamy młodo i czujemy się pozornie zdrowo, choć tak naprawdę udajemy i oszukujemy siebie, pozostając w nawyku „starego” – szponach niewidzialnego i nieuświadomionego, dlatego sami nie wiemy w jakiej jeszcze pozostajemy chorobie; nieświadomi tego, że to, co dla nas jest tak wysoce szkodliwe już w nas niepostrzeżenie wrosło i się mocno zakorzeniło, a do tego prędzej lub najczęściej niestety później,  bezwzględnie ujawni swoją destrukcyjną dla nas samych zawartość, nadto, warunkując całe nasze dotychczasowe życie.

Postąpi tak wyłącznie dlatego, że  samo „stare” i „chore”  chce żyć – chce żyć własną chorobą, własną śmiercią – chcę żyć swoją własną tożsamością „siebie starego i chorego – wrogiego”,  jako nieznanych powodów pierwotnych przyczyn chorób i przedwczesnej starości; wobec tego, tak łatwo nie zechce same odejść; ba, nawet  nie wie, że dla Starego i Chorego zmiana i samo naprawa  jest  w ogóle możliwa.

Podróż, wspomnianą przez mnie wyżej, „Drogą” czyniona potrzebuje być stopniowo, krok po kroku, a jej stopień trudności zależy od stopnia zanieczyszczenia osobistego istnienia, który jest wynikiem indywidualnego dziedzictwa, jego stopnia złożoności i skomplikowania czyli uwikłania w osobiste problemy i ich „wagi” jako ciężaru gatunkowego danej „sprawy do załatwienia”.

Stopniowalność, będąca równocześnie powolnym wzrostem „własnej świadomości – w czystości”, zazwyczaj, ze względu na  dobro zainteresowanego, nie może odbyć się natychmiastowo. Prostota pojawia się dopiero na końcu Drogi. Miłość jest prosta. Jednak tylko wtedy kiedy jest – a Jest, kiedy jest zdolnością własnego w nas samych swojego istnienia. Nie będąc nazwą i nie będąc słowem a będąc Słowem czyli wyrazem osobistej Emanacji.  Mądrość i związana z nią prawda naszego istnienia kiedy już na ową Drogę wkroczymy jest bezwzględna – co oznacza, że ujawni wszystkie boczne, kręte ścieżki, które nas przez życie do tej pory prowadziły.

Jednak nie ma zmiany bez zmiany. Nie można postępować jak niegdyś, zachowując stare i jednocześnie zyskać nowe. Jeśli tak przez monet się zdarza to znak, że zmiana dokonała się nie w pełni i nie do końca, i nie ma w naszej „zbiorczej obecności” jedności z nowym; cięgle tęsknimy za starym, chcemy mieć i to, i to, i jedno, i drugie.

Znak, że zmiana dokonała się w pełni i od końca równa się zmianie jakości życia jakie prowadzimy.

Właściwy przekaz każdej Idei budzącej akceptację pojawia się w ludziach wówczas kiedy jest osobistym doświadczeniem jej uczestnika. Jedynie wówczas taka opowieść o idei jest autentyczna i budzi zaufanie; jest godna w nią uwierzenia, jakby osoba, do której jest kierowana myślała, że sama ją wymyśliła.

Niegdyś bałem się jeszcze mówić wprost choć zawsze byłem szczery w  zgodzie z zabrudzeniem własnej szczerości.  Z nonszalancji, że „wiem” już się uwolniłem. Choć wiem kiedy wiem i wiem kiedy nie wiem. „Podziwiam” natomiast ludzi, „którzy wiedzą”, szczególnie polityków lub zacnych przedstawicieli innych profesji hamujących swoim „zasłużonym autorytetem” nie tylko własny wzrost ale i całych grup społecznych, na które mają realny wpływ. Jednocześnie nie mówię gdy nie trzeba; dlatego pewne przesłania potrzebują pozostać „ukryte” i zależeć od stopnia wtajemniczenia danej osoby, w danej sprawie.

Nie chodzi mi o jakąś wielką tajemnicę, a o realną możliwość Tajemnicy zrozumienia. Nie istnieje Tajemnica, która została odkryta a  jedynie brak możliwości jej zrozumienia i praktycznego wdrożenia. Dlatego pewne Idee zostały, nawet nie przeze mnie „ukryte”, w samym tytule książki pod  nazwą „Baśni, która odnalazła Ciebie”, która jest również środkową częścią innej książki, jako nieco większej całości, zatytułowanej REGENEZA,  a przynajmniej taką miałem intencję.

Wyjaśnię o co mi chodzi. Pewnie Szanowny Czytelnik zna Idee prawie wszystkich rewolucji. Bardzo często występują one pod wzniosłym hasłem: Wolności, Równości i Braterstwa. Problemem jest fakt, że na ogół te piękne idee, płynące z ust głosiciela idei, on sam – nazwijmy go teraz Panem Złotoustym, zwyczajnie, w samym sobie,  ich nie posiada; bo kiedy te wzniosłe idee prawdziwie w nas „istnieją”, to na pewno nie są głoszone. Opowiadane są jedynie wtedy, kiedy straciły swoje prawdziwe znaczenie, a z nas samych wydobywa się, najczęściej nieświadomie: fałsz, strach i ogólny brak harmonii, a sama Idea bez wewnętrznej  treści i pusta w słowie jest wyrazem buntu, niezgody, walki, chciejstwa, prośby, zawołania, nieskutecznej modlitwy, afirmacji – naiwnego wezwania do czynu dla spraw, których byśmy sobie i innym jedynie życzyli.

Weźmy inny przykład, tym razem dotyczący Boskich Impulsów Istnieniowych: Wiary, Miłości i Nadziei oraz Sumienia. Kiedy owe „impulsy” w nas istnieją, wówczas są „zaistnieniami” ,”bytami” egzystującymi w naszej zbiorczej obecności.  Są cnotami, o których nie trzeba mówić, gdy się nimi prawdziwie JEST – co w efekcie oznacza – Być. Kiedy nasze działania czynione są z prawdy „czystego serca”, której znaczenie zawiera Istota Świadomości Miłości = Tożsamość Miłości, wspierana przez Świadomość Wiary = Tożsamość Wiary oraz Świadomość Nadziei = Tożsamość Nadziei, wówczas pojawia się niejako przy okazji Czystość „wypowiedzi bez wypowiedzi” i to niezależnie czy się coś mówi, czy się cokolwiek mówi,  czy też się nic nie mówi.

Kiedy wzrastamy, rozwijamy się, dojrzewamy, mądrzejemy, doświadczamy, szlachetniejemy – owszem zasada, którą opisuję też działa, jednak w ograniczonym jeszcze zakresie; zakresie „osobistych spraw do załatwienia” , które są wyrazem „brudu”, własnej, najczęściej nieuświadomionej przez nas samych  przytłumionej przez ten brud, emanacji. Wyrazem tego brudu jest nasze życie i wszystko, co nas w nim spotyka. To, co wewnątrz ukazuje się i to bezwzględnie na zewnątrz. Jakby Bóg był naszym bezwzględnym wrogiem. A tak naprawdę, to otoczenie nas doskonali, a Stwarzający Niemówiący, Wszystkowiedzący i Wszystkowidzący powiadał, niestety poprzez nam najbliższych, czyli tych, z którymi jesteśmy emocjonalnie związani i czego najczęściej nie umiemy znieść oraz zrozumieć — zajmij się jeszcze „tym i tym”, a  co samo dostrzegasz we mnie, jest również w Tobie,  tylko bardziej ukryte i głębiej schowane. Siebie nie widzimy, dlatego widząc zachowania wobec nas najbliższych możemy dostrzec siebie. To jakby dar od Matki Natury dla naszej przemiany. Jednocześnie nie możemy zmieniać innych bez uprzedniej zmiany siebie lub zmieniając innych wiemy, że zmieniamy również siebie.

Jeśli nie znamy tej zasady, za swój los obwiniamy innych, szukamy na zewnątrz – a nie w sobie; to inni są winni – a nie my. Jeśli znamy, choćby  intelektualnie, ową zasadę, to też najczęściej jej nie rozumiemy, bo kiedy Życie, przy pomocy najczęściej gorzkich słów albo niegodziwych dla człowieka  czynów, skierowanych pod naszym adresem, przemawia lub nam złego czyni, reguły tej zasady przez emocje jakie w nas samych w tym momencie  automatycznie wywołuje, ścierają w proch, w tym czasie,  jakąkolwiek możliwość jej zrozumienia.

Jeżeli refleksja zrozumienia  owej najważniejszej z zasad, że to, co na zewnątrz pojawiło się w naszym świecie wyłącznie dlatego, że to samo jest gdzieś głęboko ukryte w naszym  wnętrzu,  dotrze do nas po chwili; do tego zostanie odnotowana jako możliwość głębszego wejrzenia w siebie i zmiany siebie, to taka postawa nie tylko czyni nas mądrzejszymi ale też ustanowimy podstawę do zaistnienia w nas samych tej zmiany – w taki sposób aby to, co zdarzyło się wobec naszej osoby, tylko i wyłącznie dla naszego dobra – bo zrozumienia siebie, już nigdy więcej się nie powtórzyło.

Wówczas zyskujemy zrozumienie prawdziwej zasady Uległości i jednocześnie poprzez „wybaczenie” darowane z Góry  za wykonaną przez nas „pracę zrozumienia siebie” i to na wszystkich poziomach naszego zbiorczego istnienia, jej Istotą – jednak już jako „nie wartością” a cnotą –  się stajemy. A z nas samych znika wojna i jej szkodliwe dla życia następstwa.

Kiedy się “zwołuje ludzi bez przywoływania”, ludzie i nie tylko ludzie, gromadzą się wokół Zwołującego i nie doznają żadnej krzywdy, gdyż w takich i przy takich Zwołujących Indywidualnościach  odnajdują ich oraz swój własny, nowo nabyty spokój, bezpieczeństwo i radość nocy, i dnia powszedniego; odnajdują  cechy wypływające z osobistej Prawdy, to znaczy – Czystości Zwołującego, która  jest  wyrazem jego Tożsamości i dobywającej się z niej niewidzialnej i widzialnej emanacji.

Zwołujący jest prawdziwie a nie sztucznie autentyczny; to są jego prawdziwe a nie sztuczne, wmówione Tożsamości, dlatego  po spotkaniu z nim i dla nas samych pojawia się możliwość transformacji niegodnego i najczęściej nieznanego aspektu siebie – czyli „swojej własnej sprawy do załatwienia” oraz dalszego wzrostu nas jako Zbłąkanego Przybysza.

Niestety tu na Ziemi nasze ciało dźwiga ciężar haniebnego rodzinnego dziedzictwa, z którym nieświadomie jesteśmy splątani. Jeśli mamy taka umiejętność i pamiętamy siebie, ewentualnie coś niecoś wiemy o losach rodziców, mamy trochę wiedzy o dziadkach, niestety o dalszych pokoleniach najczęściej  nie wiemy nic, a to od „minionych pokoleń” jako sprawców naszego istnienia w tym ciele,  nieświadomie – nieświadomych siebie rodziców w czasie kiedy nas poczęli i później najlepiej jak potrafili – wychowywali, to „coś” poprzez tychże rodziców zostało nam przekazane.

To „coś” jest najczęściej wielką tajemnicą i zarazem wielką zbrodnią, wielka niegodziwością i „czymś” względnie „Kimś”, które to „coś” uniemożliwia nam stanie się Byciem Wolnym, Wypełnionym Mocą, Świadomym i co najważniejsze Kochającym i Współczującym Człowiekiem, którego tak naprawdę od tej chwili  dopiero można nazwać CZŁOWIEKIEM, a nie, jak do pory – automatem – maszyną realizującą bezwiednie nieznany jej samej nieuświadomiony program.

Ponieważ współpracuję z ludźmi, którzy już trochę pożyli, jednym słowem świadomie lub nie “wzbogacili” siebie w niezły bałagan, teraz już bałagan własnego istnienia, czyli są już dojrzali, i nawet słowa „wzbogacili” nie powinienem dawać w cudzysłowie, bo dzięki takiemu „bogactwu”, które jest ich już własnym cierpieniem i ciężarem – mogą albo bardzo wzrosnąć albo upaść na samo dno.

Według mnie, jedynym celem każdego  życia jest ten ciężar zrozumieć i się od niego uwolnić, przetransformować, ozdrowić, a będąc precyzyjnym, stworzyć przy pomocy własnego zaangażowania, szansę na taką możliwość. Wówczas tak naprawdę nie my udzielamy wsparcia; sami nie możemy nic zrobić, ponieważ nasze wady jako informacja zapisane są w innej niedostępnej dla nas przestrzeni; wówczas, gdy się do nich zbliżymy, pomogą nam specjaliści Wyższego Właściwego Poziomu,  Istoty Wyższego Potencjału i Prawdy Własnej Tożsamości, a i to, tylko pod warunkiem właściwej osobistej diagnozy, czyli takiej, do której sami na zasadzie najczęściej wstrząsu, będącego wyrazem uświadomionego nagle wewnętrznego konfliktu, dojdziemy.

Własne zaangażowanie jest odkryciem indywidualnej drogi do osobistego oświecenia. Regeneza jest jedną z takich Oświeceniowych Szkół. Jak promyk Nadziei Wielkiej Drogi Światła. Szkołą Zrozumienia Siebie i Fizyczno -Psychicznej Odbudowy i Odnowy.

Tylko w ten sposób można mówić o Wolności. O przepraszam, nie mówić… Wówczas „Nikt i Nic nie ma na nas wpływu”, o jeszcze raz przepraszam – prócz Emanacji Absolutu, która jest Słowem Boga. I choć dla niej też jesteśmy niewolnikami, jednak teraz Niewolnikami Stworzyciela Nieba i Ziemi i Wszystkiego Co Istnieje; nie możemy się uwolnić od Tego, który Stwarza; możemy się jedynie do niego upodobnić na jego “wzór i podobieństwo” i działać według jego zasad i prawd jego małżonki – Matki Natury – Pani Wielkiej Przyrody, czyli występować w Ojca i Matki drużynie dla dobra wspólnego wszystkich i wszystkiego. A to już oznacza – Służyć.

Wielka Noc i Wielkie Słowa

Spokojnych Świąt,
Droga Przyjaciółko,
Zacny Przyjacielu.
Już dorosły, jako Dziecko
Prawdą Wiary – Odrodzenia,
O to wnoszę!

Z Miłości – Mocą,
I Sumienia – Czystego,
Nadzieją.

Ja, człowiek

akt 10

Zaczynam od końca;

Poematem.

Jak do siebie – wchodzę,

Frontowymi drzwiami,

Rodzinnego domu,

Bez widocznym wejściem.

*

Baczę, by poezją,

Nie być;

Niczym sztuki,

Rodziną – zastępczą.

*

To dziesiąty i ostatni akt.

Ja!

Dwie prawdy.

Jej i jego.

Każda siebie warta.

Nie warta obrony.

Ja!

Błąd – szalony:

Ukochany,

Najdroższy,

Z wybranych – najlepszy:

Otulony, bezpieczny,

I błogosławiony.

*

Zaniedbana Pani, zaniedbywała Pana.

Pani, była przez Pana zaniedbywana.

I Pan przez Panią był zaniedbany.

Razem siebie przeceniali.

Bycie wspólne – wyczerpali,

Odpychali;

Coś tam tylko – szanowali.

I oczekiwali – wzajem,

Od drugiego – jedno.

Tylko brudem przyciągali:

Niedorzeczni,

Sfrustrowani,

Pogmatwani.

Jak kurz zbity w kulę;

Splątani.

Podobnego – jedno.

*

Ja!

Chwała i pogarda – życia.

Ja!

Moje na wierzchu.

Niewinna ośmiornica,

Z głową dziecka,

Ja!

Tożsamości setki,

I miliony twarzy.

Mądrość dziwoląga,

W ramionach;

I cień – siebie,

Nieznane odbicia;

Rzeczywiste – urojone.

Ja!

Ucieczka – Wielka;

Gdzieś hen,

Przez granicę -Drogą,

Która we mnie jest,

Lecz Ja, nie wiem,

Że,

Gdzie?

I czy w ogóle..,

Życia test.

Mnie – bohatera!

Podróż,

Wielka,

Którego w domu,

Nie ma.

*

W chocholim tańcu,

Splątane:

Z uczuciem – świadomość

Ciało – z Emocjami,

I Świadomość – z Ciałem.

*

Starzy!

Mówiliśmy na rodziców,

Gdy byliśmy młodzi.

A tośmy idioci – młodzi,

Widzieliśmy siebie – staro,

Gdy byliśmy młodzi.

Kochani rodzice,

Przepraszam was,

I siebie,

Za krzywe spojrzenie,

No i za choroby,

A także za starość.

My!

Wiekiem dojrzali;

Ciałem, duchem – młodzi.

*

Pistolet ogromny;

Wielki – arsenałem duży,

Przyłożony do małżeńskiej skroni.

Ja!

Nie ruszam Ziemi,

Nie dotykam Nieba.

Cała walka na nic.

Ale też, nie o Nic.

Nie istnieję…,

Niczym pokój,

Kiedy nie ma, wojny.

Ja!

Bez pokoju i bez wojny;

Wolny.

Nie czuję się lepszy,

Kiedy jesteś gorsza;

Tyś, nowym dniem,

Życzliwa;

Dniem i nocą – czuła;

Wspólnie!

Z martwych żeśmy wstali;

Sobą wielkanocni;

Ty i Ja – Mocni.

*

Zraniłem oko prawe,

Leśnym  patyczkiem.

Niczym, bok przebiłem.

Rana boli bardzo,

I czerwienią łzawi,

Ale co tam, dzielnie znoszę.

Wiara moja – łzą,

Sama siebie,

Esencją swą – leczy,

A Ja! – „proszę”…,

W czystości,

Szczerze…,

Chociaż – nie,

Jeszcze – nie.

Póki co…, powoli,

Z Ziemi się podnoszę.

Puszczam łono Matki.

Pełzam; Jeszcze,

Na kolanach – proszę,

I mam żal do Ojca,

Że tak szybko odszedł.

I już we mnie został.

Ja!

Nie dobry;

Więc – nie umiem…,

Prosić – dobrze.

Zmieńmy to!

Wstaję z klęczek i,

Głowę podnoszę…

Mogę błagać, szukać, znosić;

Nic to nie da, gdy się prosi,

Niedoborem; wypełnionym,

Brudem własnych tożsamości.

Za mały to poziom,

Potencjał zbyt niski.

Proszę o właściwy;

Niby – bez powodu,

Jeszcze pokojowo,

Ale i nerwowo,

Proszę o skuteczny.

Proszę o możliwy;

Chwilą…,

Samoistny.

*

Jak Dziecka – Ty,

I Nauczyciela Ty…,

Czy też ja,

Kreacji boskiej,

Rezonansu Ton,

Prawy, no i – czysty.

*

Jeśli też chcesz?

To razem poprośmy…

W drugą stronę lustra,

Powoli – zerknijmy.

Jak niegdyś fotograf,

Zapraszam do ciemni.

Wtedy poznasz moje rozumienie,

Rozumieniem swoim,

Pewnej tajemnicy, jak i wielu związków;

Ulepionych nie przez siebie,

Z nieznanego bytu;

Licznych kultur:

Bajek, kultów oraz mitów,

I tragedii przodków – niczym plasteliny.

Jednak w czyjeś życie się nie wtrącam.

Po co chcieć rekiny łowić?

Chcesz zobaczyć swoje,

Wyznaj szczerze,

Gościu drogi!

I kochani gospodarze – siebie.

I ulepić niczym kotlet,

Jeszcze raz, lecz tym razem z dobrej,

Bo ze swojej czystej gliny?

Jeśli tak, bardzo proszę!

Uprzejmie posłużę,

I nie tylko Ja,

A nawet nie Ja,

Wokół Ciebie Służę.

Odtąd patrz co wewnątrz i na zewnątrz:

Przodzie, tyle – i bądź z boku,

Z dystansem do myśli,

Słów, do i od innych,

Refleksji od ciała,

I uczuć do siebie.

Ja! Nic.

Ja!

Bez strony.

*

Bez certyfikatu – nowy świat,

Świadectwem przemiany.

Nasze życie, święta księga.

Utulony – strach.

Ja!

Odtajniona rzeczywistość,

Ukazana prawda – zła,

Przeszłości dziedzictwa,

Jakie w sobie noszę.

No i dobra.

Ja!

Akt dziewiąty.

*

Z drzewa rodzinnego,

Niedaleko padło,

Od jabłoni – jabłko.

Nawracając z krętej drogi;

Z osobistym czarem,

Własnej świadomości w darze,

Zaszły wokół drzewa,

Niczym Jedna – Panie Trzy;

Wszystkie Matki,

Z Córeczkami w parze:

Miłość dla Miłości,

Wiara dla Wolności,

Nadzieja dla Siły.

Gdy je zobaczyli,

Krzyknęli Ojcowie,

„Zróbmy to” i podeszli bliżej,

I się pokłonili.

Synowie – też chcieli i naprzeciw,

Owym damom,

Z utajnienia wyszli;

Rozłożyli ręce,

Otworzyli serca,

Twarze rozchmurzyli.

Wreszcie byli razem – bliską.

Rodzinną rodziną.

*

Wówczas, jak Kochanek do Kochanki,

Mąż do Żony szeptał:

„Zostań  śpiewem  gwiazdy i cudem tej Ziemi.

Głębia tym cenniejsza, gdy mniej o niej wiemy.

Będąc tajemnicą i Dzieckiem Miłości,

Winnej daj raz jeszcze, zrodzić się w Jedności.

I niech moja księga czystą pozostanie.

Na dłużej nam starczy,

Siebie odkrywanie.”

akt 0

Powierzam tym, którzy chcą zmiany,

Czytając choćby wiele razy,

Poznać prawdy treść,

I pieśń duszy swej,

REGENEZY,

Idąc Drogą.

Ja,

Zero,

Zapraszam.

Lecz najpierw,

Pójdźmy słabościami,

Za potrzebą, w mroki losu,

Krętą, pośród bagna, ścieżką.

Za co, uprzedzając z góry i równiny,

Przepraszam.

*

Jednak nie omieszkam,

Choć, ze znieczuleniem,

I nie tylko słowem – Istotę,

Przefiltrować, odcedzić;

I na wierzch – wydobyć.

*

Popłyniemy,

Nurtem dwojga rzek – Genezy.

Naprzeciw – pod prąd,

Do końca;

A ujrzymy wiele małych rzek,

Dwie zasilające.

Aż dotrzemy,

Gdzieś na źródła kres,

Pięknej Czerni,

Ale też,

Do Ogrodów Słońca.

Wtedy – zawrócimy.

Jedni.

*

I będziemy…,

W zdrowiu,

Co potrzebne – mieć.

Nie dla siebie – żyć.

 

Pełny tekst w wersji drukowanej nakładem Wydawnictwa Regeneza dostępny na http://www.andrzejhanisz.pl/ksiazki/ja-czlowiek

 

Mistrz

Największy z największych w swoim fachu, mistrz mistrzów Antonio Gaudi tak opowiedział o swoim Nieskończonym do dnia dzisiejszego Pomniku i Dziele „Sagrada Familia” (Świątynia Pokutna Świętej Rodziny).

„Charakter religijny zawsze skłania się ku wielkości. Ponieważ jego cel jest Tajemnicą. Fasada Narodzenia wyraża iluzję i radość życia. Każdy odnajdzie w niej coś dla siebie.

1. Rolnicy – kury i koguty
2. Naukowcy – znaki zodiaku
3. Teolodzy – życie Chrystusa

Jednak tylko świadome osoby znają jej Tajemnicę ale jej nie zdradzą.

Według mnie, nie zdradzą jej, ponieważ tajemnica pochodzi z poziomu tajemnicy do jakiej świadomość jednostki dotarła. I jeśli ktoś jest na innym poziomie rozumienia, nie jest w stanie pojąć tajemnicy wyższego poziomu, który na coraz wyższych poziomach się samo upraszcza. Ale żeby tam dojść, trzeba przejść wiele i do tego prosić o zrozumienie.

Miłość to umysł Boga.

Każdy dostaje Kamień Miłości jaki sam w sobie nosi. Kiedy oczyści się Kamień zostanie Miłość. Czy jest to łatwe? Nie! Czy jest to trudne? Nie! Dla WIERZĄCEGO. Dla niewierzącego jest to niemożliwe.

Rozmowa o Miłości

– Oczekujesz ode mnie miłości – rzekło Jedno do Drugiego.

– Tak!!! – Drugie odwrzeszczało.

– Poczekaj, muszę stać się Bożą Tajemnicą – Pierwsze powiedziało i ruszyło Prostą Drogą w sobie nie znanym kierunku. A Drugie podążyło za Pierwszym. Aż się spotkały jak równy z równym w Jedni i się połączyły. Białe wniknęło do Czarnego, Czarne do Białego. Pozostając w stanie osobistej bliskości.

Taż ich Życie stało się Prostsze. Razem i osobno.

Kto szuka, znajduje

Duży Chłopiec siedział we mgle – sparaliżowany. Nie wiadomo czym? Pewnie jakimś brakiem: może wolności, może namiętności, może bliskości, może subtelności, może odwagi, a może miłości. Któż to wie? Niewidzialny strach skutecznie nie pozwalał wydostać się talentom, które w nim były. Jednak po pewnym czasie, trzeba przyznać dość długim, trwającym nie wiadomo ile lat, Duży Chłopiec ruszył do przodu. Już mgła nie była dla niego przeszkodą. Jeszcze nie wiedział gdzie dojdzie, choć zdawało się, że już wie. Jakby zyskał właściwe przewodnictwo lub wiarę w siebie, która nim subtelnie kierowała. Nie szedł sam bo obok niego kroczyło wszystko co solidarnie siebie wspierało. Jak Święta Rodzina.

List do Mężczyzny

Mój Drogi,
Ukochany i Najdroższy!

Wybacz proszę…, choć piszę do Ciebie jak umiem i czuję, to wiedz, że głównej treści nie zawarły me słowa.

Tobie oddana

Ponadczasowy

Przypadkiem i z niewiadomych powodów, mój wzrok zaczął oglądać film w telewizorze. Stwierdziłem, że bardzo dobry, więc włączyłem nagrywanie. Chciałem w odpowiednim czasie zobaczyć go w całości, do tego nie sam, a z rodziną. Ciekawy byłem ich refleksji. Szczególnie córki, która studiuje filmoznawstwo. Czułem, że film przedstawia jakby mnie – to znaczy sięga mej młodości, czyli czasów, które pamiętam. Pewnie dawniej nie zwróciłbym na dzieło mistrza w ogóle uwagi. W tamtym czasie ów film nie był dla mnie interesujący. Ot, po prostu – to nasze życie. W duchu, powiedziałem do siebie: – kurcze, nic się nie zmieniło. Zniknęli ludzie, odeszły ustroje, a ludzka natura – ta sama. Wspominam o filmie Kazimierza Mieczysława Karabasza „Sobota Grażyny A. i Jerzego T.” z 1969. Historia pokazuje losy dwójki bohaterów. Kobiety i mężczyzny czyli przedstawicieli ludzkiego gatunku, wchodzących w swe dorosłe życie. Obydwoje chcieli „coś” zmienić, więc wyrwali się ze swych rodzinnych domów i zamieszkali w Warszawie w hotelu pracowniczym. Obydwoje byli nieprzeciętni, czymś się wyróżniali z robotniczej braci. Ona wzbogaca siebie i swój wolny czas udziałem w amatorskim teatrze miejscowego domu kultury, on w sportowym amatorskim klubie. Film kończy się smutnym wyrazem twarzy: jej i jego.

Pytam córkę:

– Jaką masz refleksję. – Odpowiedziała jednym słowem.
– Ponadczasowy. Dodając: – Tylko teraz smutek przykrytym jest sztucznym uśmiechem, fałszywą radością.
– Pomyślałem, nic na głos nie mówiąc. – Tak, tak – ponadczasowy, z perspektywy przemijania szczególnie to widzę. Żeby życie się naprawdę zmieniło, radość zagościć potrzebuje w ludzkim wnętrzu od zaraz. Bezwiednie i niby bez powodu.

Mały Książe

Córka dzieliła się z ojcem swoimi przemyśleniami dotyczącymi relacji między przyjaciółmi.

Ostatnimi czasy przeżywała „wewnętrzne rozterki” związane z jej „szczerością” polegającą na dzieleniu się osobistą „prawdą” z bliskimi jej sercu koleżankami – czytaj przyjaciółkami.

Wszystko wydało jej się troszeczkę dziwne, gdyż za swoją szczerość otrzymywała w zamian gniew, rozgoryczenie i atak. Jednak gdzieś wewnętrznie czuła, że właśnie tak miała postąpić, bo według niej właśnie na tym polega prawdziwa przyjaźń; na szczerości, prawdzie i niestety bezkompromisowości wynikającej z mądrości i głębi widzenia człowieka widzącego.

Skoro jest się z kimś w związku wzajemnej relacji, szczególnie tym mającym bliższą sercu naturę, a zwanego w tym miejscu „przyjaźnią”, i widzę „coś” nieciekawego w zachowaniu drugiej osoby, a jednocześnie wiem, że to „coś” jest nie moje i zależy mi na prawdziwym dobru przyjaciela, dlatego mówię mu prawdę tego co widzę bez względu na konsekwencje mojego mówienia.

W związku z tym co mówię, to „coś” może być przez niego zauważone i jednocześnie przez sam fakt zobaczenia tego „czegoś”, będzie mógł się z tym „czymś” rozstać. Oczywiście jeśli znajdzie w sobie siłę by się z tym osobiście zmierzyć, a swoją energie skieruję, nie na walkę z rozmówcą, a na wejrzenie w głąb siebie.

Tak samo działa widzenie w ludziach przymiotów, ich zalet, osobistych talentów i szczere ich zauważanie. Jednak łatwiej jest bezkonfliktowo dostrzegać i przekazywać pozytywne cechy, trudniej zdecydowanie jest tak samo postępować, odkrywając i zauważając w ludziach ich „ciemne strony charakteru”, „mroczne strony naszego istnienia” ukrytego w głębi podświadomości.

Takie postępowanie rodzi z założenia konflikt. „Zło” zostało dostrzeżone i jest samo w sobie niezadowolone, że prawda o nim i jego istnienia została odkryta. A „zło” jest również bytem – ono chce żyć. Często bardzo kochanym bytem, troskliwie pielęgnowanym. Ono samo w sobie nie zna swojego istnienia i swojej natury. I samo w sobie, nie jest ani dobrem, ani złem. Jest siłą czyniącą destrukcje w naszym ciele, mającą wpływ na długość, jakość, sposób bycia i życia oraz  zdrowie.

Ech, świat jakby schodził na psy – to była nie wypowiedziana na głos cicha myśl. Z jednej strony wszystko jest ujawniane, nie ma tematów tabu. Prostytutki prowadzą lubiane programy telewizyjne. O seksie mówi się nie jak o „świętym akcie” i jego mistycznym pięknie, ale jak o.., przyznam że w tym miejscu zabrakło mi słowa, metaforycznego trafnego porównania – jak o czymś błahym, banalnym, mechaniczno-rozkoszno-łechtliwym. Relacje i miłość zastępuję słowem – ” inwestycja” ,rodem z rynków finansowych i gospodarczych.

Owszem mogę rozumieć, że jest to otwartość na wielość, bezstronność ale czy w taki sposób starsze pokolenie winno edukować młodsze? Takie pseudonaukowe podejście, jak i zresztą naukowe, odziera wewnętrzny świat człowieka z tajemnicy i zarazem możliwego  zrozumienia prawdziwego piękna ludzkiej egzystencji.

I już wracając, do przerwanego myślą – wątku.

Po paru dniach do pokoju wbiegła rozpromieniona córka, mówiąc, a może nawet krzycząc, a nawet jeśli nie krzycząc, to był to wydźwięk „całego jej istnienia” – „tato, tato wiem, nagle przypomniały mi się słowa z Małego Księcia” (Antoine’a de Saint-Exupéry’ego).

„Jeśli coś kochasz – puść to wolno.
Jeśli wróci – jest Twoje.
Jeśli nie – to nigdy Twoje nie było”.

I tak, zgodnie z sumieniem, postanowiła uczynić w tak zwanej „sprawie” jej młodzieńczych przyjaźni. Przetrwają, albo nie tą odważną „próbę” – próbą czasu. Jeśli tak – to dobrze, jeśli nie – to też dobrze i  znaczy, że i „przyjaźnią” nie były, lub były – ale dzisiaj już nie są, rozeszły się, niczym „drogi przyjaźni”.

A miłość? – myśl zapytała sama siebie i w nawiązaniu do jej koleżanki Przyjaźni.
Co miłość? – pytaniem, druga myśl zagadnęła. Tak zrodził się sam – wewnętrzny dialog.

No czy, czy, czy, jakby się zająknęła, czy z miłością jest tak samo?
Tak – druga myśl odpowiedziała, po czym się zamyśliła, nie, nie poczekaj – MIŁOŚĆ MA JESZCZE WIĘKSZE WYMAGANIA. I się zadumała, i sobie przypomniała, i tak Święto-Pawłowo powiedziała. Podobno…

„Miłość cierpliwa jest,
łaskawa jest.
nie zazdrości,
nie szuka poklasku,
nie unosi się pychą;
nie dopuszcza się bezwstydu,
nie szuka swego,
nie unosi się gniewem,
nie pamięta złego;
nie cieszy się z niesprawiedliwości,
lecz współweseli się z prawdą.
Wszystko znosi,
wszystkiemu wierzy,
we wszystkim pokłada nadzieję,
wszystko przetrzyma.
Miłość nigdy nie ustaje,..”

A do refleksji w „temacie ” włączył się Asziata Szyjemasz gurgijewowowskim słowem, twierdząc, że…

„Miłość świadomości wywołuje w odpowiedzi to samo.

Miłość uczucia wywołuje przeciwieństwo.

Miłość ciała zależy od typu i biegunowości”.

Teraz obie myśli się zamyśliły i nastała „cisza”. Na chwilę i był to czas refleksji, jakby nowego przypomnienia byronowskich słów.

„Zaiste, miłość jest świętym pożarem,
Iskrą zatloną w ogniach nieśmiertelnych,
Aniołów dobrem, Wszechmocnego darem,
Balsamem rajskim dla serc skazitelnych.

Pobożność duszę w niebiosa porywa.
Ale z miłością niebo w duszę wpływa;

Wyznam, że moja miłość była inna,
Była zbyt ziemska, ludzka, nawet gminna.”

Giaur

Dlaczego Byron nie dostał Nobla?
Cóż za nietakt – czasu.

Niżej dwa cytaty jego zuchwałej i przenikliwej mądrości
w tłumaczeniu Adama Mickiewicza.

„Straszna to chwila, w której duch rozkręci
Za jednym razem cały zwój pamięci”

„Zaiste, miłość jest świętym pożarem,
Iskrą zatloną w ogniach nieśmiertelnych,
Aniołów dobrem, Wszechmocnego darem,
Balsamem rajskim dla serc skazitelnych.

Pobożność duszę w niebiosa porywa.
Ale z miłością niebo w duszę wpływa;
.
Wyznam, że moja miłość była inna,
Była zbyt ziemska, ludzka, nawet gminna.”

Następna strona »