Krzyk

Dzieciątko płakało ale jego płaczu Mama nie słyszała. Choć je przytulała.

Z Dziecka wyrosła dorodna i silna w swej postawie Dziewczyna. Jako Panna dalej krzyczała. Buntowała się ale jej wrzasku Nikt nie słyszał. Wszak krzyczała w samotności. Na zewnątrz się śmiała. Udawała.

Panna wybrała sobie na męża, Męża. Dobrała go sobie, podług siebie – co oznaczało, że oboje byli siebie warci. Teraz krzyczeli razem i osobno. Kiedy razem, to na siebie, kiedy osobno, to „cierpieli” w sosie własnym. Jaki mąż taka i żona, jaka żona taki i jej mąż.

Mąż nieświadomie pozwalał żeby Żona  dalej krzyczała. On przecież też krzyczał ale tak samo jako i jego Żona, swego krzyku nie słyszał. W tym czasie się bawił. Uciekał i balował. W beztrosce kosztował wdzięków i powabów życia. Doznawał czarów namiętności. Doświadczał powabu kobiecego uwodzenia. Adorował, kombinował. Rozkoszował i kosztował życia  jako  dusza pijanego i krzyczącego towarzystwa…

Matka płakała ale jej płaczu Nikt nie słyszał. Najbliżsi, tak samo jako i ona, widać byli głusi. Niestety płacz Mamy słyszały tylko jej maleńkie Dzieci.

– Mamusiu nie płacz, powiedział Chłopczyk, ja tobie pomogę. Kiedy dorósł nie mogła stać się mężczyzną, choć nim był. Jego dusza, tak jak i Mamusi, tak jak i Tatusia, płakała. Odziedziczył rodzinne utajnione dziedzictwo.

Tymczasem Mama dalej krzyczała, aż pewnego razu śmiertelnie zachorowała. I choć została wyleczona, ponieważ współczesna medycyna poczyniła spore postępy, dalej nikt jej krzyku nie słyszał. Nie mógł, bo ona sama swego krzyku nie rozumiała. Jakby jej własna choroba, choć już dawno wyszła z ukrycia, nie była w pełni i do końca wyleczona…

Mamusiu nie płacz, kochaj mnie tylko – powiedziała Córeczka, która właśnie przyszła na świat. – Ja Ciebie rozumiem, nie płacz. Czy płaczesz przeze mnie? Bo jak ty płaczesz to i ja płaczę!  -Ale tych słów Mama nie słyszała. Niewypowiedziane słowa Dziecka pozostawały poza jej sferą zrozumienia. Poza jej obszarem Mądrości. Pozostając w starej głupocie. W starej tożsamości. – Może to moja wina, że płaczesz? – powiedziała Córczka. -I śmiertelnie zachorowała.

Przyszedł czas leczenia, tego co powoli, z takim trudem wychodziło z ukrycia. W tamtym czasie Mama zajęta była leczeniem Córeczki, więc na chwilę mogła zapomnieć o sobie. A Dom Szpital zaczął przyjmować coraz więcej pacjentów. Okazało się, że wszyscy jego domownicy chorzy byli na to samo. Ot, taka zwyczjna choroba ludzkości.

Tymczasem tajemnice choroby zostały utajnione na dłużej. Kiedy Córeczka dorosła opuściła Rodzinny Dom, więc Mama na nowo mogła zająć się sobą. Wróciły wspomnienia; dalej rozpamiętywała, dalej krzyczała. Miała w sobie żal i uzasadnione pretensje o wszystko i do wszystkiego, ale tym razem już do Partnera. Niczym Dużego Chłopca do bicia. Wszak i on sam ze swojego dzieciństwa właściwie nie wyrósł. Zresztą,  tylko on był pod ręką. Bowiem postanowił pozostać ze swą Partnerką  na dłużej. Tak jak i ona z nim, dla niego. Jednak w międzyczasie  Partner nieźle się zmienił.  Sporo rozumiał i nie dał się podejść. Przebudził się do czegoś, co słowem nazwać jest niemożliwe. I przekazał swoją „nową obecność”, bez słowa ale również w szczerej rozmowie, Żonie. A nawet ją czule, po raz pierwszy, przytulił.

I żyli w harmonii, długo i  szczęśliwie. Na nowo się w sobie zakochując. Tym razem, prawdziwie. I było jak w bajce, z tą różnicą, że TERAZ ich Życie już bajką nie było. Stało się Prostym, Szczerym Życiem. Wolnością i Tajemnicą, którą każdy sam dla siebie odnalazł.  Gdyż  Tajemnica w nich samych się ukrywała. I tylko dzięki sobie i byciu ze sobą mogli siebie odnaleźć.

Duże i Małe

Było sobie Duże oraz było Małe. Obok siebie wzajemnie egzystowały. I był Ten, który wszystko widział. Nie wtrącał się, gdyż nie mógł; czekał, aż Duże  i Małe wzajemnie siebie  zauważą. Niestety Duże i Małe istniały w ukryciu. A do tego były co nieco zanieczyszczone. Każde na swój indywidualny i niepowtarzalny sposób.

I Duże, i te Małe przypominały bańki mydlane, czyli w swej formie i kształcie istniały sferyczne. Tworzyły kulę z indywidualną, zawartą w sobie treścią. Ich esencje zawierały  znaną i nie znaną im samym tożsamość. Co oznaczało, że same  nie były w pełni i do końca siebie  świadome. Ich samoświadomość pozostawała nieodgadniona. Zawsze istniało coś czego jeszcze nie widzieli. Być może dlatego, by wzajemnie poznać i zobaczyć siebie  – „przypadkiem”  wyszły sobie naprzeciw.

Duże ze swojego wnętrza spojrzało na Małe i zobaczyło, że tak naprawdę Małe wcale małym nie było. Natomiast kiedy Małe patrzało na Duże, to Duże wydawało mu się takie atrakcyjne; wielkie i godne zaszczytu. Spojrzenie zawierało  nieokiełznane pragnienie; było potrzebą uniżenia, adoracją; uwielbieniem  chwały; Drogą do Sławy.

Z czasem, Małe powolutku zaczęło się do Dużego zbliżać. Wszak Duże było takie pociągające. Jednak czym było bliżej Dużego, tym bardziej się go bało. Przecież, Duże było takie duże, a Małe takie małe.

Bez wątpienia ich relacja pozostawała wiele do życzenia. Nie była przyjazna. Dlatego wspólnie poprosili o właściwe rozwiązanie dla obojga. A ich prośba wyglądała, mniej więcej tak:

– Proszę, prosimy – zreflektowało się i Małe, i Duże; prosimy by słowa „boję się” i wszystko to, co się za nimi kryje, przestało istnieć. Niech, zwyczajnie, stracą na swoim znaczeniu.

Ich prośba została wysłuchana przez Tego, który wszystko widział, sporo wiedział i dużo mógł. I wtedy zdarzył się Cud. Nagle Duże zobaczyło, że samo w sobie zawiera Małe. Wówczas Małe  stwierdziło, że już niczego nie pragnęło; nie miało nawet ochoty  zbliżyć się do Dużego, ani o tym wspominać, pisać czy też w inny sposób rozpowiadać. Bez wątpienia, Duże straciło na swojej atrakcyjności. Dzięki temu zabiegowi Duże, stało się normalne, choć nadal było duże.

Wyraźnie na jakimś subtelnym poziomie dialogu, Duże i Małe dogadały się. Przy okazji ustaliły strefę wzajemnej ciszy czyli najlepszą dla obojga, przyjazną odległość, z którą się najlepiej same w sobie czuły. Tak dla Dużego i Małego jednocześnie nastała zasłużona Wolność. Oba odnalazły własną naturalną Przestrzeń, która była, owszem wspólna, ale  stało się  jasnym jak słońce, że miejsca, niczym powietrza, starczało dla Trojga. A kiedy wzajemna relacja się umocniła,  Duże spojrzało na jeszcze Większe i zauważyło, że się z tym Większym bez problemu łączyło- tym samym stając się jeszcze większym. To Największe, zrodzone z Dużego, było większe od Dużego Poprzedniego, w którym to Małe wcale już małym nie było.

Tak, to Duże i to Małe w spokoju i ciszy jednym stali domku. I żadne nie wadziło Nikomu – nawet Małemu – Poprzedniemu. Od TERAZ  pozostawało do niego neutralne i bezstronne; a wtedy nawet Małe, samo i na własną rękę, podążyło ku wieczności; by stać się jeszcze mniejszym i najmniejszym.  Zresztą w takim samym stopniu jak Duże jeszcze Większym.

Życzmy im obojgu szczęścia w pokoju. Któż kto wie, może kiedyś, i gdzieś, raz jeszcze się spotkają w miłości – jak to, co Najmniejsze z tym, co Największe. Tak, tak, przywództwo to nie kwestia Wielkości, tylko Zrozumienia.

Czy już się na siebie obraziłeś?

Czy już się na Siebie obraziłem, że kasy mało w portfelu?
Czy już się na Siebie obraziłem, że nie starczy do pierwszego?
Czy już się na Siebie obraziłem, że praca do bani?
Czy już się na Siebie obraziłem, że szef idiota?
Czy już się na Siebie obraziłem, że nie mam biznesu?
Czy już się na Siebie obraziłem, że biznes kuleje?
Czy już się na Siebie obraziłem, że nie jestem milionerem?
Czy już się na Siebie obraziłem, że haruję, skąd daleko do domu?

Czy już się na Siebie obraziłem, że rodzice nie kochali?
Czy już się na Siebie obraziłem, że nie mam przyjaciół?
Czy już się na Siebie obraziłem, że miłość i przyjaźń boli?
Czy już się na Siebie obraziłem, że nie mam partnera?
Czy już się na Siebie obraziłem, że kochanek się zmienił?
Czy już się na Siebie obraziłem, że towarzystwo nie te?
Czy już się na Siebie obraziłem, że dzieci protestują?
Czy już się na Siebie obraziłem, że rząd mi nic nie daje?

Czy już się na Siebie obraziłem, że mi wszystko wisi?
Czy już się na Siebie obraziłem, że jestem za gruba?
Czy już się na Siebie obraziłem, że jestem za chudy?
Czy już się na Siebie obraziłem, że nie pociągam?
Czy już się na Siebie obraziłem, że nie ćwiczę?
Czy już się na Siebie obraziłem, że nie mam koncepcji?
Czy już się na Siebie obraziłem, że źle się czuję?
Czy już się na Siebie obraziłem, że się starzeję?

Czy już się na Siebie obraziłem, że świat się nie uśmiecha?
Czy już się na Siebie obraziłem, że nic nie wychodzi?
Czy już się na Siebie obraziłem, że zabrakło marzeń?
Czy już się na Siebie obraziłem, że nie mam humoru?
Czy już się na Siebie obraziłem, że nie działam?
Czy już się na Siebie obraziłem, że nie ufam?
Czy już się na Siebie obraziłem, że nie kocham?
Czy już się na Siebie obraziłem, że nie wierzę…?

Czy już się na Siebie obraziłem, że…( a wstaw sobie co chcesz!)

Czy już się na Siebie obraziłem, że się OBRAZIŁEM?
Czy już się na Siebie pogniewałem, że się POGNIEWAŁEM?

Już…

BOGU NIECH BĘDĄ DZIĘKI!!!