To COŚ

Jest bezpłciowe.
Zwie się Coś.
Bezimienne, niczym Oni.
Jakby Ktoś.

Drżące całe, szlochające,
Przestawione, przełożone,
Podzielone, pomnożone,
Przemęczone, wystraszone.
Odrzucone.

Silne – swoją bezwzględnością.
Mocne – własną niemożnością.
Chaotyczne – bezradnością.

Jego Wola – bez znaczenia, bo
Jej nie ma.

*

Przeszłości dziedziczonym śladem,

Z tajemnicą, ku przyszłości zmierzam.

W pogoni za Mitem, marzeniami  kroczę

I broczę, krwi władzy – Ideą.

*

Wiatr mnie owiał,
Deszcz zamoczył.
W rzece Czasu Pędzącego
Zegar stanął, rozkruszyło lustro.
Dzisiaj życia się nie lękam.
Żyję wtedy, gdy współczuję,

Współpracuje, wspieram – widzę.

Nie, gdy pełzam i się żalę,
Nie gdy błagam, nie, gdy klękam.

 

*

Powoli,

Stopniami,

Jak drogą do nieba,

W świecie moim – wolnym,
Mocą zaistniałej Woli,
Inny obraz się rodzi:
Barwny, żywy – cichy i spokojny.

To Coś, jak Wir – Teraz.
A moje odrodzenie
Istotą Największego Daru,

Matki zrodzonej z Miłości.

I Ja, z jej Córką w parze.
Ona ze mną: Przyjaciółką
Kochanką, Partnerką i Mężatką,

Moją odpowiedzią…

*

Cudów – cud.

Z ciszy Punktu Zero

Uwolniony trud.

My!

Związek: Ciał, Słów i Dusz.

Małżeństwem – nie za karę, ale

W życia Darze.

Wieczerza

W pewnym domu odbywała się rodzinna uroczystość. Przybyli goście dobrani byli chwilą życia gości oraz gospodarzy spotkania.  Jedni byli znajomymi, inni pierwszy raz siebie na oczy zobaczyli. Oczywiście dla właścicieli imperzy nikt z przybyłych nie był obcy. Wszystkich znali, co prawda bardzo powierzchownie, to jednak śmiało można wyrazić nadzieję, że przybyłych na wieczerzę coś wspólnie z gospodarzami łączyło. Goście wyłącznie dla siebie byli  obcy i nic, prócz gospodarzy oraz uroczystości, ich nie łączyło. Każdy z nich miał inne zainteresowania, wiedzę, umiejętności, zdolności, namiętności czyli swojego życia historię.  W owym czasie jednak los sprawił, że w jednym miejscu się  spotkali.

Pośród gości był Mężczyzna. Człowiek dojrzały, na emeryturze i po przejściach. Nieznajomy przybył w towarzystwie partnerki – kobiety z przeszłością. Mężczyzna na pierwsze spojrzenie wyglądał na zaniedbanego starca, na którego uliczny przechodzień nie zwróciłby uwagi, a pełna wdzięków atrakcyjna kobieta, nawet się nie obejrzała.

Starszy pan większość czasu milczał. Słuchał. Kiedy towarzystwo było coraz bardziej podchmielone, on, choć nieśmiało, od czasu do czasu zabierał głos. Był subtelny i zdawkowy w słowie. Jednak jak już coś powiedział to, co wyraził, było co najmniej – nie banalne. W owym czasie czuło się w powietrzu niedostrzegalną mądrość. W pewnym momencie Mężczyzna został przez towarzystwo jakby bardziej zauważony. Nieoczekiwanie wysunął się na pierwszy plan. Poproszono go by zabrał głos. Nastała cisza, której nikt nie śmiał przerywać. A on zaczął tak:

– Kiedy znajduje się w towarzystwie, którego nie znam, to najpierw długo słucham. To słuchanie jest mi potrzebne żeby rozpoznać z kim mam do czynienia. Zabieram głos tylko wówczas kiedy widzę, że jestem słuchany, czyli, że to, co i o czym mam do powiedzenia jest dla słuchającego interesujące oraz wartościowe. Milknę natomiast i wycofuję się kiedy ktoś mi przerywa. Dostrzegam, że mój rozmówca wcale mnie nie słucha, jest najmądrzejszy i sam wszystko wie lepiej.

Jak widać  słucham z dwóch powodów. Pierwszy jest taki, że być może dla mojego słuchacza to o czym wspominam jest nieistotne. Wówczas szkoda mojego czasu na niepotrzebną polemikę i chory spór. To jak zmarnowanie swojej oraz rozmówcy energii. Wówczas para czyli wykonana praca idzie w gwizdek. Jest tylko głośno i donośnie. W takim towarzystwie moje słowa padną niczym ziarno na nieurodzajną glebę. Czasami jest jeszcze gorzej i trzeba milczeć z prostszego powodu iż z nie znanych mi bliżej powodów znalazłem się w niewłaściwym miejscu. Wówczas nie mam sensu rzucać pereł przed wieprze.

Drugi z powód mojego słuchania jest taki, że być może moja wiedza jest zbyt banalna w sprawie, którą poruszam, bo a nuż obok mnie znajduje się ktoś kto się lepiej na przedmiocie dyskusji zna. Wówczas, niejako z automatu, lepiej stać się uczniem i słuchać – korzystać z nauczania. Wtedy też dwie strony zyskują, ja jako uczeń, a nauczyciel, że ma kogo nauczać.

Po czym Mężczyzna zamilkł, a towarzystwo powróciło do dawnego szczebiotu.

Cisza

Rozmowa o Miłości

– Oczekujesz ode mnie miłości – rzekło Jedno do Drugiego.

– Tak!!! – Drugie odwrzeszczało.

– Poczekaj, muszę stać się Bożą Tajemnicą – Pierwsze powiedziało i ruszyło Prostą Drogą w sobie nie znanym kierunku. A Drugie podążyło za Pierwszym. Aż się spotkały jak równy z równym w Jedni i się połączyły. Białe wniknęło do Czarnego, Czarne do Białego. Pozostając w stanie osobistej bliskości.

Taż ich Życie stało się Prostsze. Razem i osobno.

Krzyk

Dzieciątko płakało ale jego płaczu Mama nie słyszała. Choć je przytulała.

Z Dziecka wyrosła dorodna i silna w swej postawie Dziewczyna. Jako Panna dalej krzyczała. Buntowała się ale jej wrzasku Nikt nie słyszał. Wszak krzyczała w samotności. Na zewnątrz się śmiała. Udawała.

Panna wybrała sobie na męża, Męża. Dobrała go sobie, podług siebie – co oznaczało, że oboje byli siebie warci. Teraz krzyczeli razem i osobno. Kiedy razem, to na siebie, kiedy osobno, to „cierpieli” w sosie własnym. Jaki mąż taka i żona, jaka żona taki i jej mąż.

Mąż nieświadomie pozwalał żeby Żona  dalej krzyczała. On przecież też krzyczał ale tak samo jako i jego Żona, swego krzyku nie słyszał. W tym czasie się bawił. Uciekał i balował. W beztrosce kosztował wdzięków i powabów życia. Doznawał czarów namiętności. Doświadczał powabu kobiecego uwodzenia. Adorował, kombinował. Rozkoszował i kosztował życia  jako  dusza pijanego i krzyczącego towarzystwa…

Matka płakała ale jej płaczu Nikt nie słyszał. Najbliżsi, tak samo jako i ona, widać byli głusi. Niestety płacz Mamy słyszały tylko jej maleńkie Dzieci.

– Mamusiu nie płacz, powiedział Chłopczyk, ja tobie pomogę. Kiedy dorósł nie mogła stać się mężczyzną, choć nim był. Jego dusza, tak jak i Mamusi, tak jak i Tatusia, płakała. Odziedziczył rodzinne utajnione dziedzictwo.

Tymczasem Mama dalej krzyczała, aż pewnego razu śmiertelnie zachorowała. I choć została wyleczona, ponieważ współczesna medycyna poczyniła spore postępy, dalej nikt jej krzyku nie słyszał. Nie mógł, bo ona sama swego krzyku nie rozumiała. Jakby jej własna choroba, choć już dawno wyszła z ukrycia, nie była w pełni i do końca wyleczona…

Mamusiu nie płacz, kochaj mnie tylko – powiedziała Córeczka, która właśnie przyszła na świat. – Ja Ciebie rozumiem, nie płacz. Czy płaczesz przeze mnie? Bo jak ty płaczesz to i ja płaczę!  -Ale tych słów Mama nie słyszała. Niewypowiedziane słowa Dziecka pozostawały poza jej sferą zrozumienia. Poza jej obszarem Mądrości. Pozostając w starej głupocie. W starej tożsamości. – Może to moja wina, że płaczesz? – powiedziała Córczka. -I śmiertelnie zachorowała.

Przyszedł czas leczenia, tego co powoli, z takim trudem wychodziło z ukrycia. W tamtym czasie Mama zajęta była leczeniem Córeczki, więc na chwilę mogła zapomnieć o sobie. A Dom Szpital zaczął przyjmować coraz więcej pacjentów. Okazało się, że wszyscy jego domownicy chorzy byli na to samo. Ot, taka zwyczjna choroba ludzkości.

Tymczasem tajemnice choroby zostały utajnione na dłużej. Kiedy Córeczka dorosła opuściła Rodzinny Dom, więc Mama na nowo mogła zająć się sobą. Wróciły wspomnienia; dalej rozpamiętywała, dalej krzyczała. Miała w sobie żal i uzasadnione pretensje o wszystko i do wszystkiego, ale tym razem już do Partnera. Niczym Dużego Chłopca do bicia. Wszak i on sam ze swojego dzieciństwa właściwie nie wyrósł. Zresztą,  tylko on był pod ręką. Bowiem postanowił pozostać ze swą Partnerką  na dłużej. Tak jak i ona z nim, dla niego. Jednak w międzyczasie  Partner nieźle się zmienił.  Sporo rozumiał i nie dał się podejść. Przebudził się do czegoś, co słowem nazwać jest niemożliwe. I przekazał swoją „nową obecność”, bez słowa ale również w szczerej rozmowie, Żonie. A nawet ją czule, po raz pierwszy, przytulił.

I żyli w harmonii, długo i  szczęśliwie. Na nowo się w sobie zakochując. Tym razem, prawdziwie. I było jak w bajce, z tą różnicą, że TERAZ ich Życie już bajką nie było. Stało się Prostym, Szczerym Życiem. Wolnością i Tajemnicą, którą każdy sam dla siebie odnalazł.  Gdyż  Tajemnica w nich samych się ukrywała. I tylko dzięki sobie i byciu ze sobą mogli siebie odnaleźć.

Drzewo

Rosło Drzewo. Samotnie. Obok przechadzał się Mędrzec. Kiedy się do Drzewa zbliżył, te zaczęło ujadać. Skamleć, wrzeszczeć i skowyczeć. Walczyć i rozkazywać. Każda gałąź miała coś innego do powiedzenia. Każdy liść o coś innego do drugiego miał uzasadniony żal i osobistą pretensję. Ale Mędrzec tego nie zauważał. Pozostawał spokojny, bezstronny i nieludzki. Jednak Drzewo dalej krzyczało w swojej samotności. Wówczas Mędrzec, życzliwym będąc, zbliżył się do Drzewa. Pogłaskał jego pień. Dotknął czule  liści i gałęzi. A  jego obecność, i to co w niej było, sprawiła,  że   Drzewo się uspokoiło. Odtąd w ciszy stało radosne i zadziwione. Takiego jeszcze siebie nie poznało, więc doznawało.

Uwaga! – Sprawiedliwość

Ślepiec był już stary. A  był Stary, gdyż prawidłowo nie widział. Co oznacza, że  świata w Prawdzie nie dostrzegał. Istniał niczym Człowiek zmęczony trudem życia: w zaślepieniu i starości. Czuł w sobie gorycz i niesprawiedliwość. Usiadł zrezygnowany na czymś Ziemią zwanym. Siedział zamyślony. Po chwili pojawiło się zewnętrzne światło. Niczym Promyk Nadziei dało otoczeniu ślepca Życie; ale ślepiec światła na razie nie widział; dalej Poirytowany tkwił w swoim zaślepieniu. Ta Tożsamość była mu  jedynie znana. Tylko takim siebie rozumiał i dostrzegał.

Dlatego nie był dla siebie (oraz dla innych) wystarczająco uważnym, ani sprawiedliwym. Jednak światło niestrudzenie dalej dla niego świeciło, a kwiat, który tuż obok jego życia  niespodziewanie się pojawił, powoli rozkwitał. Nie spieszył się; wolno, płatek po płatku, rozwijał się roztaczając swoją woń.  Wówczas  niczym długo oczekiwane i ze wszech miar chciane i kochane Dziecko, przyszła na świat  Nadzieja, że Starzec w końcu światło Poczuje. Wszak do tej pory nic nie widział. Na szczęście, zmysłu powonienia i dotyku jakoś jeszcze do końca nie zatracił. Być może dlatego Starzec poczuł światło. A było to światło Wewnątrz jego samego.

Naraz, zamyślił się, takim słowem: – Rozumiem, że nie mogę pomóc Sprawiedliwości, nie odnajdując jej w sobie. Rozumiem, że nie mogę pomóc Uważności, sam będąc nieuważnym – zaślepionym.

Światło i Uważność odgradzał od Starca wysoki mur. Kamienie, z których mur był zbudowany były ciężkie „ogromem strachu” w nich samych zgromadzonym. Co ciekawe Strach był uzasadniony i wyrastał z ludzkiego dziedzictwa i ludzkiej barbarzyńskiej natury.

– Być może jest to strach przed życiem? – zastanowił się, jeszcze za życia (wszak miał szczęście żyć). Ale czy moje życie, życiem można nazwać? – dalej rozważał. – Albo jest lękiem przed śmiercią? Czyż to nie to samo?- Przecież tak naprawdę nigdy nie zaznałem życia za życia… Owszem byłem życiem PIJANY, życiem ZAŚLEPIOPNY i do tego jeszcze – mało UAWAŻNY  czyli NIEUWAŻNY. Czyżby dlatego, że sam  nigdy nie zostałem właściwie zauważony? W takim razie, jak Nic, pozostaje mi się siebie zobaczyć i poznać. Właściwie to nie mam wyboru.

Ale Starzec nie mógł być zauważony bo przecież sam siebie nie widział. I nagle Pętla Niemożności została przerwana. Starzec przeżył swe choroby, które wszystkie wyszły z ukrycia; naraz odmłodniał i zaczął żyć. TERAZ miał około lat dwudziestu. I mógł rozpocząć życie od nowa. Tym, razem inaczej. W pełnią Życia. W Bliskości, pośród Cnót.

List do Kobiety

Moja Droga,

Ukochana i Najdroższa!

Proszę wybacz mi, pomyliłem się w Twej ocenie.
Nie mi Ciebie oceniać.

Twój Przyjaciel

Duże i Małe

Było sobie Duże oraz było Małe. Obok siebie wzajemnie egzystowały. I był Ten, który wszystko widział. Nie wtrącał się, gdyż nie mógł; czekał, aż Duże  i Małe wzajemnie siebie  zauważą. Niestety Duże i Małe istniały w ukryciu. A do tego były co nieco zanieczyszczone. Każde na swój indywidualny i niepowtarzalny sposób.

I Duże, i te Małe przypominały bańki mydlane, czyli w swej formie i kształcie istniały sferyczne. Tworzyły kulę z indywidualną, zawartą w sobie treścią. Ich esencje zawierały  znaną i nie znaną im samym tożsamość. Co oznaczało, że same  nie były w pełni i do końca siebie  świadome. Ich samoświadomość pozostawała nieodgadniona. Zawsze istniało coś czego jeszcze nie widzieli. Być może dlatego, by wzajemnie poznać i zobaczyć siebie  – „przypadkiem”  wyszły sobie naprzeciw.

Duże ze swojego wnętrza spojrzało na Małe i zobaczyło, że tak naprawdę Małe wcale małym nie było. Natomiast kiedy Małe patrzało na Duże, to Duże wydawało mu się takie atrakcyjne; wielkie i godne zaszczytu. Spojrzenie zawierało  nieokiełznane pragnienie; było potrzebą uniżenia, adoracją; uwielbieniem  chwały; Drogą do Sławy.

Z czasem, Małe powolutku zaczęło się do Dużego zbliżać. Wszak Duże było takie pociągające. Jednak czym było bliżej Dużego, tym bardziej się go bało. Przecież, Duże było takie duże, a Małe takie małe.

Bez wątpienia ich relacja pozostawała wiele do życzenia. Nie była przyjazna. Dlatego wspólnie poprosili o właściwe rozwiązanie dla obojga. A ich prośba wyglądała, mniej więcej tak:

– Proszę, prosimy – zreflektowało się i Małe, i Duże; prosimy by słowa „boję się” i wszystko to, co się za nimi kryje, przestało istnieć. Niech, zwyczajnie, stracą na swoim znaczeniu.

Ich prośba została wysłuchana przez Tego, który wszystko widział, sporo wiedział i dużo mógł. I wtedy zdarzył się Cud. Nagle Duże zobaczyło, że samo w sobie zawiera Małe. Wówczas Małe  stwierdziło, że już niczego nie pragnęło; nie miało nawet ochoty  zbliżyć się do Dużego, ani o tym wspominać, pisać czy też w inny sposób rozpowiadać. Bez wątpienia, Duże straciło na swojej atrakcyjności. Dzięki temu zabiegowi Duże, stało się normalne, choć nadal było duże.

Wyraźnie na jakimś subtelnym poziomie dialogu, Duże i Małe dogadały się. Przy okazji ustaliły strefę wzajemnej ciszy czyli najlepszą dla obojga, przyjazną odległość, z którą się najlepiej same w sobie czuły. Tak dla Dużego i Małego jednocześnie nastała zasłużona Wolność. Oba odnalazły własną naturalną Przestrzeń, która była, owszem wspólna, ale  stało się  jasnym jak słońce, że miejsca, niczym powietrza, starczało dla Trojga. A kiedy wzajemna relacja się umocniła,  Duże spojrzało na jeszcze Większe i zauważyło, że się z tym Większym bez problemu łączyło- tym samym stając się jeszcze większym. To Największe, zrodzone z Dużego, było większe od Dużego Poprzedniego, w którym to Małe wcale już małym nie było.

Tak, to Duże i to Małe w spokoju i ciszy jednym stali domku. I żadne nie wadziło Nikomu – nawet Małemu – Poprzedniemu. Od TERAZ  pozostawało do niego neutralne i bezstronne; a wtedy nawet Małe, samo i na własną rękę, podążyło ku wieczności; by stać się jeszcze mniejszym i najmniejszym.  Zresztą w takim samym stopniu jak Duże jeszcze Większym.

Życzmy im obojgu szczęścia w pokoju. Któż kto wie, może kiedyś, i gdzieś, raz jeszcze się spotkają w miłości – jak to, co Najmniejsze z tym, co Największe. Tak, tak, przywództwo to nie kwestia Wielkości, tylko Zrozumienia.

Trzy Panie Ciszy

Wszedłem do sklepu po chleb, w którym były dwa stoiska. Jakby dwa w jednym. Jeden sklep był mięsny, w drugim sprzedawane było pieczywo. Podszedłem do tego z pieczywem. Przy mięsnym akurat ruchu nie było, i może dlatego dwie panie sprzedawczynie zawieszone były nad ladą stoiska z pieczywem. Zapatrzone w siebie coś radośnie do siebie gaworzyły.

– Poproszę chleb zwyczajny – powiedziałem.
– Krojony? – pani Sprzedawczyni zapytała.
– Tak, tak, krojony – odrzekłem.

Podeszła do krajalnicy i ją włączyła. Od teraz słychać był dwa dźwięki: szum maszyny do krojenia pieczywa i nakładający się na niego radosny dialog pań sprzedawczyń z mięsnego oraz coś czego nie słyszałem. Mianowicie myśli Pani, tej od chleba.

– Ile kosztuje chleb? – zapytałem – ale pani Sprzedawczyni mnie nie słyszała. Przeszkadzała i maszyna, i świergot koleżanek z mięsnego, i jej własne myśli. Wszak była zamyślona.

Już w domu sam siebie zapytałem:

-Co ta sytuacja chce mi powiedzieć?

-Że siebie nie słyszę -myśl podpowiedziała.

Przeszkadza w tym ciągły świergot myśli w moim mózgu rodzony przez trzy panie i jednego mężczyznę. Kto wie? – pomyślałem, może dlatego aż z trzema miałem w dzieciństwie tak wiele wspólnego. Wszak wychowały mnie trzy kobiety i tylko jeden mężczyzna. Zadziwiająca dysproporcja. I do tego nierówna pozycja mężczyzny. Dlatego ten musiał być Wyjątkowy czyli znany i podziwiany, powszechnie szanowany i do tego bardzo, bardzo silny żeby wszystko dzielnie znieść. Pierwsza była moją mamą, druga i trzecia – ciociami. Jedna z cioć była prawdziwa, druga przybrana czyli fałszywa. Mama była Panią dyrektorową- despotyczną Panią hrabiną na swych włościach. Ciocia prawdziwa – nauczycielem nauczycieli, a fałszywa, ta trzecia managerem i działaczką społeczną. Wydawało się, że Tata się nie wtrącał i towarzystwo dzielnie znosił, a nawet sam je wybrał. Albo za niego wybrano. Wpadł jak śliwka w kompot tworzący rodzinę.

Tymczasem, poprosiłem trzy Panie o ciszę. I w Trzech Paniach we mnie, nagle,  Spokój i Cisza, zagościły. Pozostał mężczyzna – do odGadnienia.

Następna strona »