Małżeństwo

Pozornie Spokojny Mąż nosił w sobie piekło i agresję Wiernej Żony. Jednak o tym nie wiedział. Dlatego zginął.

Wierna Żona bardzo długo opłakiwała nagłe odejście Spokojnego Męża. Wszak był to ten jedyny – niezastąpiony. Partner „do tańca i do różańca”, z którym można się było pokazać i jak drogocenną rzeczą – pochwalić.

Bliski wyborem, Wiernej Żony pierwszy i ostatni, wybranek.

Wierna Żona Pozornie Spokojnego Męża – poniewierała. Doceniła – kiedy straciła.

Zanim do niego po latach wielu dołączyła – (nieświadomie dla samej siebie) –  już samotnie wychowując dzieci – w trudzie, jaki nieoczekiwanie stworzyła nowa sytuacja, funkcjonowała z matczynym oddaniem i Bóg wie skąd płynącą osobistą agresją.

Jednak i ją owa siła w końcu zabiła. To była długa agonia.

I się spotkali… Umiłowani Sakramentem Świętym we dwoje:

Kochana Mama, z kochanym Tatą.

Ukochani Dziecka Rodzice.

*

A Dziecko? – Zatroskany Przewodnik – zapytał.

*

Z Dziecka wyrosłe: Dorosłe,

Młode i jak Dziecko,

W stosownym czasie,

Dostało wsparcie z Góry,

Wtedy spokojem – zaistniało.

Dalej mogło iść już samo.

Duże i Małe

Było sobie Duże oraz było Małe. Obok siebie wzajemnie egzystowały. I był Ten, który wszystko widział. Nie wtrącał się, gdyż nie mógł; czekał, aż Duże  i Małe wzajemnie siebie  zauważą. Niestety Duże i Małe istniały w ukryciu. A do tego były co nieco zanieczyszczone. Każde na swój indywidualny i niepowtarzalny sposób.

I Duże, i te Małe przypominały bańki mydlane, czyli w swej formie i kształcie istniały sferyczne. Tworzyły kulę z indywidualną, zawartą w sobie treścią. Ich esencje zawierały  znaną i nie znaną im samym tożsamość. Co oznaczało, że same  nie były w pełni i do końca siebie  świadome. Ich samoświadomość pozostawała nieodgadniona. Zawsze istniało coś czego jeszcze nie widzieli. Być może dlatego, by wzajemnie poznać i zobaczyć siebie  – „przypadkiem”  wyszły sobie naprzeciw.

Duże ze swojego wnętrza spojrzało na Małe i zobaczyło, że tak naprawdę Małe wcale małym nie było. Natomiast kiedy Małe patrzało na Duże, to Duże wydawało mu się takie atrakcyjne; wielkie i godne zaszczytu. Spojrzenie zawierało  nieokiełznane pragnienie; było potrzebą uniżenia, adoracją; uwielbieniem  chwały; Drogą do Sławy.

Z czasem, Małe powolutku zaczęło się do Dużego zbliżać. Wszak Duże było takie pociągające. Jednak czym było bliżej Dużego, tym bardziej się go bało. Przecież, Duże było takie duże, a Małe takie małe.

Bez wątpienia ich relacja pozostawała wiele do życzenia. Nie była przyjazna. Dlatego wspólnie poprosili o właściwe rozwiązanie dla obojga. A ich prośba wyglądała, mniej więcej tak:

– Proszę, prosimy – zreflektowało się i Małe, i Duże; prosimy by słowa „boję się” i wszystko to, co się za nimi kryje, przestało istnieć. Niech, zwyczajnie, stracą na swoim znaczeniu.

Ich prośba została wysłuchana przez Tego, który wszystko widział, sporo wiedział i dużo mógł. I wtedy zdarzył się Cud. Nagle Duże zobaczyło, że samo w sobie zawiera Małe. Wówczas Małe  stwierdziło, że już niczego nie pragnęło; nie miało nawet ochoty  zbliżyć się do Dużego, ani o tym wspominać, pisać czy też w inny sposób rozpowiadać. Bez wątpienia, Duże straciło na swojej atrakcyjności. Dzięki temu zabiegowi Duże, stało się normalne, choć nadal było duże.

Wyraźnie na jakimś subtelnym poziomie dialogu, Duże i Małe dogadały się. Przy okazji ustaliły strefę wzajemnej ciszy czyli najlepszą dla obojga, przyjazną odległość, z którą się najlepiej same w sobie czuły. Tak dla Dużego i Małego jednocześnie nastała zasłużona Wolność. Oba odnalazły własną naturalną Przestrzeń, która była, owszem wspólna, ale  stało się  jasnym jak słońce, że miejsca, niczym powietrza, starczało dla Trojga. A kiedy wzajemna relacja się umocniła,  Duże spojrzało na jeszcze Większe i zauważyło, że się z tym Większym bez problemu łączyło- tym samym stając się jeszcze większym. To Największe, zrodzone z Dużego, było większe od Dużego Poprzedniego, w którym to Małe wcale już małym nie było.

Tak, to Duże i to Małe w spokoju i ciszy jednym stali domku. I żadne nie wadziło Nikomu – nawet Małemu – Poprzedniemu. Od TERAZ  pozostawało do niego neutralne i bezstronne; a wtedy nawet Małe, samo i na własną rękę, podążyło ku wieczności; by stać się jeszcze mniejszym i najmniejszym.  Zresztą w takim samym stopniu jak Duże jeszcze Większym.

Życzmy im obojgu szczęścia w pokoju. Któż kto wie, może kiedyś, i gdzieś, raz jeszcze się spotkają w miłości – jak to, co Najmniejsze z tym, co Największe. Tak, tak, przywództwo to nie kwestia Wielkości, tylko Zrozumienia.

Trzy Panie Ciszy

Wszedłem do sklepu po chleb, w którym były dwa stoiska. Jakby dwa w jednym. Jeden sklep był mięsny, w drugim sprzedawane było pieczywo. Podszedłem do tego z pieczywem. Przy mięsnym akurat ruchu nie było, i może dlatego dwie panie sprzedawczynie zawieszone były nad ladą stoiska z pieczywem. Zapatrzone w siebie coś radośnie do siebie gaworzyły.

– Poproszę chleb zwyczajny – powiedziałem.
– Krojony? – pani Sprzedawczyni zapytała.
– Tak, tak, krojony – odrzekłem.

Podeszła do krajalnicy i ją włączyła. Od teraz słychać był dwa dźwięki: szum maszyny do krojenia pieczywa i nakładający się na niego radosny dialog pań sprzedawczyń z mięsnego oraz coś czego nie słyszałem. Mianowicie myśli Pani, tej od chleba.

– Ile kosztuje chleb? – zapytałem – ale pani Sprzedawczyni mnie nie słyszała. Przeszkadzała i maszyna, i świergot koleżanek z mięsnego, i jej własne myśli. Wszak była zamyślona.

Już w domu sam siebie zapytałem:

-Co ta sytuacja chce mi powiedzieć?

-Że siebie nie słyszę -myśl podpowiedziała.

Przeszkadza w tym ciągły świergot myśli w moim mózgu rodzony przez trzy panie i jednego mężczyznę. Kto wie? – pomyślałem, może dlatego aż z trzema miałem w dzieciństwie tak wiele wspólnego. Wszak wychowały mnie trzy kobiety i tylko jeden mężczyzna. Zadziwiająca dysproporcja. I do tego nierówna pozycja mężczyzny. Dlatego ten musiał być Wyjątkowy czyli znany i podziwiany, powszechnie szanowany i do tego bardzo, bardzo silny żeby wszystko dzielnie znieść. Pierwsza była moją mamą, druga i trzecia – ciociami. Jedna z cioć była prawdziwa, druga przybrana czyli fałszywa. Mama była Panią dyrektorową- despotyczną Panią hrabiną na swych włościach. Ciocia prawdziwa – nauczycielem nauczycieli, a fałszywa, ta trzecia managerem i działaczką społeczną. Wydawało się, że Tata się nie wtrącał i towarzystwo dzielnie znosił, a nawet sam je wybrał. Albo za niego wybrano. Wpadł jak śliwka w kompot tworzący rodzinę.

Tymczasem, poprosiłem trzy Panie o ciszę. I w Trzech Paniach we mnie, nagle,  Spokój i Cisza, zagościły. Pozostał mężczyzna – do odGadnienia.

Rozwiązanie

– Nie wiem co mam teraz robić? – powiedziała Niespokojna.

– Uspokoić się! – odpowiedział Spokój.

Po chwili Rozwiązanie się pojawiło.