Małżeństwo

Pozornie Spokojny Mąż nosił w sobie piekło i agresję Wiernej Żony. Jednak o tym nie wiedział. Dlatego zginął.

Wierna Żona bardzo długo opłakiwała nagłe odejście Spokojnego Męża. Wszak był to ten jedyny – niezastąpiony. Partner „do tańca i do różańca”, z którym można się było pokazać i jak drogocenną rzeczą – pochwalić.

Bliski wyborem, Wiernej Żony pierwszy i ostatni, wybranek.

Wierna Żona Pozornie Spokojnego Męża – poniewierała. Doceniła – kiedy straciła.

Zanim do niego po latach wielu dołączyła – (nieświadomie dla samej siebie) –  już samotnie wychowując dzieci – w trudzie, jaki nieoczekiwanie stworzyła nowa sytuacja, funkcjonowała z matczynym oddaniem i Bóg wie skąd płynącą osobistą agresją.

Jednak i ją owa siła w końcu zabiła. To była długa agonia.

I się spotkali… Umiłowani Sakramentem Świętym we dwoje:

Kochana Mama, z kochanym Tatą.

Ukochani Dziecka Rodzice.

*

A Dziecko? – Zatroskany Przewodnik – zapytał.

*

Z Dziecka wyrosłe: Dorosłe,

Młode i jak Dziecko,

W stosownym czasie,

Dostało wsparcie z Góry,

Wtedy spokojem – zaistniało.

Dalej mogło iść już samo.

Ostatni tydzień

Ostatni tydzień spędziłem z Mamą. I był to czas, z jednej strony – opieki, bowiem „człowieczy los” zamienił nas miejscami; innymi słowy, robiłem z nią to, co ona dawno, dawno temu, ze mną: po uprzednim założeniu śliniaczka, sadzałem do stołu i karmiłem, przewijałem, myłem, wsłuchiwałem w nieznane dźwięki, wkładałem do łóżeczka i układałem do snu, z drugiej – kontemplacyjnej refleksji.

Nagle przyszło do mnie „zrozumienie” spraw wielu; rzecz jasna, prócz tych prozaicznych i rzeczywistych, czyli realnych, także tych romantycznych i niewidocznych, zresztą, kto wie czy w konsekwencji nie mających większego znaczenia, przy „wiedzy”, że wszystko, nasze myśli także, jest materialne.

Na przykład myśl przywołała z pamięci wszystkim znane słowa wieszcza Adama.

„Litwo – ojczyzno moja,
Ty jesteś jak zdrowie.
Ten tylko się „dowie”, kto cię stracił.

Dziś piękność twą w całej ozdobie
Widzę i opisuję, bo tęsknię po tobie.”

Przed naszymi oczami toczy się bój o Polskę, Europę i mam wiarę „ludzką ludzkość”. A świat?; a „Świat się śmieje”! Cóż, dobre i to. Powiadają, że śmiech to zdrowie. Prawda, jeśli jest szczery. A może nie tyle, co „się śmieje”, co bardziej ma w „obojętności” swej  szlachetnej i wyrozumiałej cierpliwości, wyrazem swej natury, relacją  do naszych nędznych i małych poczynań-  słowem,  ludzkiej nicości. Jednak i nicość może przemienić się w „coś”. Pierwej musi się jednak wykrystalizować i nam samym łaskawie objawić, by później móc oblec, to „niewidzialne powstałe ciało”, w obiektywną mądrość myśli lub idei.

W naszym imieniu zabierają głos politycy. Wywierając wpływ, najpierw na siebie, potem na odbiorcę, czyniąc społeczne realne rezultaty. Niektórzy wierzą w to, co mówią, inni nie; choć, są lub przynajmniej starają się być wiarygodni. Taki system, demokracją zwany, my ludzie żeśmy sobie wymyślili i z ochotą albo wyrazem braku inicjatywy własnej, narzucili.

Na dzisiaj nie widać nic lepszego. Jakby mędrcy, nie chcąc się ujawniać, pochowali się gdzieś w ukryciu lub schowali ze strachu do jakiejś fałszywej nory, a władzę z lenistwa czy też umysłowego parubstwa, oddaliśmy ludziom wyglądającym na mądrych lub posiadających naukowe tytuły albo „siłę w mowie” – pustosłowie, czyli „mówiących mądrze”, bo czasami głośno i wyraźnie, czasami cicho i subtelnie kokietująco, tudzież – pięknie, indziej- satyryczno-sarkastycznie, ironicznie, względnie – uwodząco; jednym słowem – „inteligentnie”, a czasami nawet w językach wielu.

Tak czy siak władzę należy szanować albowiem jest naszym odbiciem – zwierciadłem zbiorowej świadomości. Chyba, że tworzą ją twory psychopatyczne, wówczas mamy prawo na ich eliminację.

Bankowcy napisali prawo bankowe, prawnicy stworzyli prawo prawne, logistycy systemy logiczne, naukowcy naukę bez zastanawiania się nad jej użyciem, władza –żołnierzy, żołnierze – wojny, państwo wytyczyło granice a w zamian obdarowało językiem i jakby przy okazji naszego ludzkiego istnienia (ludzie jak dobrze, że jesteście) podarowało fiskalny system podatkowy, w którym pierwotna dziesięcina zamieniła się w swoje przeciwieństwo czyli dziewięćdziesiątcinę, żeby wzorem Janosika najpierw zabrać, by później dać tym, którzy najbardziej krzyczą; ideowcy – ideologię, duchowi wodzireje – kościoły. A wszystko to dla nas- mas i w naszym imieniu, i dla naszego lepszego życia i wspólnego dobra.

No co! Tak mówią! Nie wierzysz? To uwierz – przecie o to chodzi – „trzeba w coś wierzyć”- prawda?

A „praktyczni wizjonerzy”, czytaj twórcy systemów, jakby zwyczajnie o sobie zapomnieli. Coś stworzyli i teraz już systemy żyją własnym życiem, przy okazji broniąc swojego istnienia, ale już niestety podążając nieświadomie w nieznanym sobie kierunku, jakby nie nadążają za realnymi zmianami i zobiektywizowaną prawdą; ale, co ciekawe, jednocześnie genialnie służąc niektórym jego uczestnikom – beneficjentom samych systemów. Zatem – podziękujmy im za swoją troskę czynioną w naszym imieniu. Dziękując, dziękujemy również sobie, wszak codziennie dokładamy wzorem Kubusia Puchatka swoje „co nieco”.

Albo to, jakby z innej „bajki”.

Nie znam ludzi zdrowych i widzę, że prawie wszyscy są mniej lub bardziej chorzy. Jedni są świadomi choroby, gdyż ta „wyszła” z ukrycia, ukazując na zewnątrz, swoje rezultaty, inni nie.

Dla tych ostatnich choroba pozostaje w inkubacji; to, czy prędzej czy później się rozwinie, ukazując na zewnątrz swoje już dawne istnienie, zależy tylko od wrodzonej siły organizmu na jej skuteczne, bez naszej świadomej wiedzy, zwalczanie.

Co ciekawe najczęściej ci zdrowi – są chorzy i odwrotnie, niczym głupi – mądrymi, mądrzy – głupimi – bowiem wszystko zależy od poziomu, czy też aspektu – spojrzenia.

Jednak ujawnienie prawdy jest sprawą czasu, w końcu organizm z chorobą, w ramach zaawansowanej inwolucji, sobie nie poradzi. Wówczas „cicha destrukcja” staje się objawieniem „istoty” naszego istnienia.

Jednak większość ludzi dalej nie jest w stanie zrozumieć jej subtelnego przesłania. Wówczas albo los daruje im szansę zrozumienia i przemiany, tym samym ozdrowienia, albo jest już zwyczajnie za późno. Piszę „los” skrywając w tym słowie niezrozumiałe, wszem i wobec, aspekty ludzkiego życia.

Poza tym, tydzień dobiegł końca, a moja obecność, tuż po przebudzeniu, wypowiedziała „ kocham ciebie mamusiu i wybacz mi moje niegodziwości wobec ciebie jak i siebie, świadomie jak i nieświadomie, czynione.

Kot w tej chwili przewrócił zdjęcie taty, jakby Ojciec przypomniał się, że ciągle „gdzieś Jest” i prosi o moje zauważenie i przebaczenie, ale cóż ja – kim jestem żeby wybaczać? Nawet nie wiem czy mogę? To może tak, dyplomatycznie„drogi tato-wybaczam i proszę o wybaczenie”.

Poza tym, „kocham ciebie tatusiu”.

Tato! – mama się do ciebie wybiera – Stani-sława.
Słyszysz – nie, nie słyszysz, ty to wiesz.

Wyszedłem na balkon i usłyszałem kościelne dzwony wygrywające miłą dla uszu melodię. Kończę, czas podać mamie coś do picia – ot, tak zwyczajnie i zwyczajną wodę życia, jednocześnie zastanawiając się, kiedy zrobi kolejną kupę, niczym głupiec – złotą myśl.

No cóż „Każda trudność nie zna finału”, a może jednak zna?

Zielona Góra i śnieżno biała -16-22 luty 2013r.

Mamo, idź już, kocham Cię!

Wyszedłem do kiosku po ranne zakupy, a tam dwóch sprzedawców, mama i syn, który tak odezwał się do starszej pani – idź już.

Ta dalej siedziała jakaś taka naburmuszona i nie skora do wyjścia, wiec zagadnąłem

– Nie ma jak w pracy?
– Ja tu odpoczywam! – padło błyskawicznie niczym kula z karabinu snajpera.
– Oho, pomyślałem, na „coś” niechcący i nieproszony nadepnąłem. Jakiś „odcisk” rodzący „nieutulony żal” i niegrzeczność, z jednej strony oficjalnie i dla służb administracji państwowej oznajmiający, że „ja tu nie pracuję, tylko odpoczywam”, co mi wolno, bo za relaks jeszcze się nie płaci, a jak się nie płaci, to się nie zarabia; a jak się nie zarabia, to nie ma od czego zapłacić podatków i ubezpieczenia, przepraszam za wyrażenie – społecznego, niczym „od deszczu” jakby za jego na mnie „obecność”; z drugiej wyraz emocjonalnego oburzenia i szantażu; cichego krzyku – ja jestem i jestem tutaj bardzo, bardzo potrzebna. Chcę być potrzebna!

To takie co najmniej dwie warstwy znaczeniowe tego samego, a jest i trzecia, jako konkluzja odczytana w wprost – w pracy powinno się odpoczywać, lub dobrze bawić, albo wyrażając jeszcze inaczej, czuć harmonię, spokój i radość wyrażony cichym zdaniem wewnętrznego dialogu „dobrze, że jestem i dobrze, że ty jesteś.” Jest i czwarta. Cieszę się, że jesteś. Jest i głębsza – niemniej mamo idź już. Jest i piąta – mamo kocham Cię. Jest i szósta, siódma i dziesiąta i wszystko na raz, niczym nasza emocjonalna obecność.